W ogniu 10 pytań: Tomasz Pągowski


Tomasz Pągowski - polski projektant, designer, muzyk, prowadzący programy telewizyjne oraz współzałożyciel PĄGOWSKI STUDIO. Słowem człowiek wielu talentów, z którym miałem przyjemność porozmawiać. Temat naszej rozmowy to oczywiście muzyka oraz działalność artystyczna mojego gościa, który zgodził się odpowiedzieć na 10 ognistych pytań. Serdecznie zachęcam do lektury wywiadu.


Powiedziałeś kiedyś: „Zawsze nosiłem w sobie przekonanie, że jestem muzykiem, który żeby grać to, co chce grać, musi być niezależny w sensie finansowym”. Jak rozumiem ową niezależność w końcu osiągnąłeś, czemu więc muzyka, którą wcześniej grałeś, dziś bezwzględnie milczy?


Najwyraźniej ciągle jestem na dorobku… (śmiech - przyp. red.). Muzyka to autonomiczna emocjonalno-energetyczna przestrzeń w mojej głowie, a realny świat zbudowany jest na zależnościach materialnych. Niewymierność muzyki wielokrotnie była dla mnie problematyczna. To jest jak ciągły przepływ, z którego nie jesteś w stanie wyciąć kilkuminutowego fragmentu będącego satysfakcjonującym ogół aranżem, dzięki któremu zarobisz na życie. Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że to właśnie swobodny przepływ jest właściwą mi formułą muzyczną, a nie silenie się na piosenki - zwrotka, refren. Ale, żeby tworzyć tego rodzaju muzykę należy odpuścić kalkulacje finansowe. Na szczęście, jakimś magicznym zbiegiem okoliczności projektowanie mebli i wnętrz, którymi chciałem po prostu zarobić na muzykę, stało się w pełni satysfakcjonującym twórczo zajęciem i co najważniejsze wymiernym! A kiedy dostałem propozycję prowadzenia programów w TV, nakarmione zostało również moje „sceniczne zwierzę”. Paradoksalnie telewizja wyleczyła mnie ze „schizofrenii konceptualnej”.


Zapytałem o to, bowiem twórczość dla artystów jest wyrazem ich najgłębszych uczuć i emocji. I choć w Twoim życiu okazji ku temu jest wiele, czy obecnie nie brakuje Ci spojrzenia na samego siebie przez pryzmat muzyki właśnie?  


Ten głód mam cały czas w sobie, a w równoległej rzeczywistości siedzę teraz w moim ukochanym studyjku (już je zaprojektowałem), na nowo odkrywając synergię z instrumentami, które ciągle czekają. Karmię się tym wyobrażeniem, bo bez tego twórczego procesu czuję się niekompletny. Dziś jednak przyjąłbym zdecydowanie inną formułę wewnętrznego wyrazu. Za dużo jest w dzisiejszej muzyce jęczenia lub paplania na własny temat. 


Sięgnijmy do początków. Konkretny utwór, zespół, a może płyta - co zainspirowało Cię w młodości do zajęcia się muzyką na poważnie?


To nie był konkretny utwór. To był proces napełniania się naczynia energią dźwięków, z którego szybko zaczęło się przelewać, ale długo nie miałem „miseczki”, w którą mógłbym zbierać to co się ulewa. Miasteczko, z którego pochodzę nie dawało wiele możliwości. W trzeciej klasie podstawówki zapisałem się do szkoły muzycznej, z której szybko uciekłem, bo nie chciałem być pajacykiem na zajęciach z rytmiki. Byłem w ognisku pracy pozaszkolnej, gdzie po raz pierwszy uświadomiłem sobie potencjał instrumentów elektronicznych, gdy mój opiekun robił pod gitarę szybkie aranże na małym keyboardzie Casio. Bodaj w siódmej klasie akompaniując na jakimś występie dziewczynkom śpiewającym o pluszowym misiu poczułem potężny dysonans egzystencjalny. Kupiłem za grosze toporną gitarę basową, na której zdzierałem opuszki palców. Pomyślałem: cierpienie uszlachetnia, jestem punkiem!


Grywasz na gitarze, choć fortepian był dla Ciebie instrumentem wymarzonym. 

Cóż takiego skrywa on więc w sobie, że darzyłeś go i darzysz takim sentymentem?


Po prostu gitara dla 9-letniego Tomaszka była synonimem buntu, a fortepian był dla lizusów. I choć pani rekrutująca do szkoły muzycznej była zafascynowana moimi małymi grabiami łapiącymi wtedy całą oktawę, ja uparłem się na gitarę rozczarowany, że nie mogę od razu grać na elektrycznej. W późniejszym okresie, gdy grabie sięgały już półtorej oktawy, przesiadłem się na gitarę basową. Mniejsze ryzyko depnięcia na sąsiednią strunę, prostsza, lecz głębsza struktura muzyczna. Szybko też uświadomiłem sobie, że niskie częstotliwości lepiej we mnie rezonują. Nigdy nie byłem instrumentalistą, technika nie była celem, tylko kluczem. Jednak kiedy zaczął się czas elektroniki, wielokrotnie żałowałem, że bardziej nie przyłożyłem się do fortepianu…

 

Punk rock, Drum’n’Bass, muzyka electro to paleta Twoich zainteresowań. Różnorodność jest podobno solą życia, która nadaje mu cały smak. Jak ewoluowały zatem Twoje gusta brzmieniowe nim wkroczyły na właściwe tory? I czy fakt ich ewolucji czynił Twoje życie… smaczniejszym?


Oj, to będzie długi akapit… Na początku tematem przewodnim moich muzycznych poszukiwań był bunt, ekspresja, słońce, jego energia, którą widać i czuć. Lata 80’ to u nas Punk i od tego się zaczęło, ale brud szybko zamieniłem na kalifornijski hardcore. Anegdotka: W 1991 roku z grupą kumpli uznaliśmy, że zabawnie będzie pojechać na zlot młodzieży katolickiej do Częstochowy, gdzie przylecieć miał JP2. Rozumiesz, Włoszki, Hiszpanki, Francuzki… Tam jednak, zamiast frywolnych sytuacji przeżyłem mistyczną transformację, która nie miała nic wspólnego z wiarą jako taką, ale z odkryciem „energii księżycowej”… Trafiłem na wystawę zdjęć Piety Michała Anioła, której oprawą muzyczną były chorały gregoriańskie. Biegałem po galerii jak poparzony pytając, czy mogę kupić płytę/kasetę z tą muzyką! Niestety… Jak ponury zbity pies wracałem Aleją NMP. Trafiłem na sklep muzyczny, w którym były tłumy chrześcijańskich turystów. Na odreagowanie chciałem kupić brakującą mi płytę Dead Kennedys. W tłumie krzyczę więc do pani: „Czy macie płytę Dead Kennedys?!”, pani nie słysząc pyta: „Co?!… Dead Can Dance?”, ja nie znając nazwy: „Nie, Dead Kennedys!”, pani: „Tak, mamy Dead Can Dance!”. Łapię się za głowę zastanawiając się o co chodzi w tej sytuacji, rzucam: „Pani puści to Dead Can Dance…” i wtedy poleciała płyta „Aion, a mnie zmroziło… To było lepsze niż te chorały gregoriańskie! 


Wtedy też zrozumiałem, że muzycznie żyję w świetle dwóch światów. Przerobiłem cały dorobek wytwórni 4AD i z przyjacielem stworzyliśmy zespół „i” próbując połączyć te dwa światy. Zaraz potem zaczęła się rewolucja w elektronice. Ambient, od Briana Eno po FSOL, ORB, Orbital, ale też Aphex Twin, Autechre itp. Na Zachodzie zaczęła się tworzyć kultura klubowa, pierwsze rave’y. Kiedy po raz pierwszy trafiłem na rave byłem w szoku, jaki potencjał ma ta muzyka! Wychowany na podziałach: punk, metal, skinhead, rastaman, pierwszy raz widziałem ich wszystkich tańczących do tej samej muzyki! Bo tu nie chodziło o przekaz, tylko o muzyczną platformę, na której każdy może jechać w swoją stronę… Esencja! Sprzedałem gitarę basową i kupiłem peceta z Cubace VST. Gdy pojawił się d’n’b poczułem ten sam punkowy pazur w wydaniu klubowym i wszedłem w to jako MC „i”, bo muzycznie dłubałem swoje elektroniczne „nie wiadomo co”. Kiedy z chłopakami z Sonic Trip odhaczyliśmy wszystkie punkty na klubowej scenie, nasza formacja miała już status „gwiazdy polskiego clubbingu”. Jednak sam clubbing w sumie nigdy się u nas nie ubranżowił, ciągle był „off”, choć ze względów finansowych zapraszały nas już głównie dyskoteki i kluby typu Manieczki. Stwierdziłem wtedy, że formuła się wyczerpała. Ostatni wspólny kawałek to Prosty Plan” do którego clip z pomocą zaprzyjaźnionej ekipy z łódzkiej filmówki ogarnąłem sam. 


Po tym zająłem się projektowaniem, aby nie prostytuować się muzycznie… Kiedy jednak pojawiła się Pani Monika aka „Moony” mój świat wywrócił się do góry nogami, a w clubbingu zaczęło się electro. Znowu był punk! Razem stworzyliśmy IM2, performerski duet audio/video. Ja robiłem muzę, Moony obraz i działaliśmy prężnie prawie 5 lat, dopóki nie wszedł dubstep i electro-punk się skończył. Dziś siedzimy głównie w techno, tam nadal jest „deep punk”, jest „platforma” i tędy obecnie przebiegają „moje tory”… To tylko najczytelniejsze punkty mojej muzycznej ewolucji, ale ta „zupa” ma już pełny bukiet smakowy. 



Różnorodność, o której mówimy, dostrzegalna jest także na płaszczyźnie zawodowej, czego dowodem są projekty, w których bierzesz udział. Powiedz, nadal czujesz się artystą niezależnym, wolnym w swych decyzjach? Wszak, gdy wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one…


Gdy (jako już doświadczony projektant mebli szytych na miarę, którymi zarabiałem na życie tworząc z Moony offowe electro) dostałem pierwszą propozycję prowadzenia programu remontowego, uśmiałem się i oczywiście odmówiłem, bo przecież nasza electro-publika wyśmiałaby mnie jako „pana złota rączka”! Kiedy propozycja wróciła, bo okazało się, że stacji na mnie zależy, zacząłem się zastanawiać o co chodzi... Żeby nie pluć sobie w brodę i jakoś wyjść z twarzą postawiłem warunek, że zgodzę się, jeśli w programie w 100% będzie moja muzyka i… zgodzili się! Kiedy dostałem propozycję z TVNu zrozumiałem, że pewne sprawy rozgrywają się dużo powyżej mojego małego ego i moim zadaniem jest po prostu wskoczyć na falę, która na mnie płynie i zobaczyć gdzie mnie zabierze. Byłem utrapieniem producenta i stacji… Jednak dziś robię autorskie programy o urządzaniu wnętrz, na własnych zasadach, według własnego pomysłu, scenariusza, z moim naturalnym, choć dziwacznym, post punkowym flow. Wrony niech sobie kraczą, a jeśli chcą ze mną pogadać, muszą uszanować mój język.

 

Wspomniane przez Ciebie IM2, wcześniej Sonic Trip i zespół „i” to nazwy formacji muzycznych, w które zaangażowany byłeś w przeszłości. Którą z nich wspominasz dziś najcieplej?


Każdy projekt wniósł do mojego muzycznego świata niepowtarzalny pakiet doświadczeń i wniosków. Swój potencjał odkryłem w „i”, mainstreamu doświadczyłem dzięki Sonic Trip, ale sobą w najszerszym spektrum jestem dzięki IM2, a dokładnie dzięki Moony, bo od 18 lat jesteśmy razem na wszystkich płaszczyznach życia, 24/7 realizując ideę fix, mojego pierwszego wyśnionego projektu, związku opartego na partnerstwie z kobietą, z którą można przysłowiowe konie kraść…

 

Z IM2 wypuściłeś nawet singiel „Ghost”, promowany teledyskiem. Czego więc zabrakło, aby wydać pełnoprawny longplay?


To był czas, kiedy z Moony ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Zajeżdżaliśmy się na projektach organizując równolegle dla własnej satysfakcji imprezy electro pod szyldem „+catch”. Nagrałem „Ghost’a” - nasz liryczny manifest i wraz z kilkoma kawałkami, które już miałem gotowe szukaliśmy wydawcy. Cisza… Pojedyncze utwory jak np. „V-rex”, do którego clip nakręciliśmy w naszej strefie Rynku Niezależnego w ramach Audioriver, udało nam się umieścić na składankach nieistniejącego już niezależnego wydawnictwa electroclash.pl. Któregoś dnia dostaliśmy maila od niezależnej wytwórni z… Kolumbii! Black Leather Records - to oni wydali singiel „Ghost” z remiksami ich zaprzyjaźnionych producentów z różnych zakątków świata, a premierę clipu wraz z koncertem odpaliliśmy w warszawskim Basenie Artystycznym. I choć było to kompletnie deficytowe wydarzenie, a na singlu nie zarobiliśmy NIC, to artystycznie czuliśmy się spełnieni. Zaraz potem zaczęła się telewizja…

 

Nim się rozstaniemy, pogdybajmy chwilę - uzbrojony w doświadczenie, co poradziłbyś młodszemu sobie u progu kariery muzyka?


Moja muzyczna „kariera” nie jest dobrym przykładem dla młodych chcących zrobić karierę w tej branży. Moja muzyczna ścieżka zawsze biegła gdzieś obok. Nie mam też natury „estradowej”, a taką trzeba w sobie odnaleźć, aby czerpać satysfakcję z komercjalizowania swojej twórczości. Doskonale rozumiem mechanizmy, które prowadzą do komercyjnego sukcesu, ale za bardzo cenię swoją niezależność, by wchodzić do tej rzeki, w której niegdyś trochę brodziłem, a która porwała wielu znajomych. Niektórych „zwłoki” spotkałem później na brzegu, a niektórzy wynurzyli się już jako inni ludzie… Z mojej perspektywy jedynym ratunkiem jest wierność sobie i intuicja, która pomoże rozpoznać właściwą falę, a ta z kolei nie zawsze jest tym, czego oczekiwałeś... Tego akurat jestem dobrym przykładem. Ogólnie, nie zazdroszczę dziś młodym. Z jednej strony łatwiej cokolwiek wydać i wypromować, z drugiej, wszyscy są dziś „twórcami”, a AI stała się najefektywniejszym kompozytorem/producentem. Mój najstarszy syn od kilku lat działa w obszarze rapowo-klubowym. Obserwuję jego poczynania z dystansu, bo ojcowskie rady są ostatnimi, które chcesz usłyszeć próbując zrobić coś swojego - wyjątkowego. Szanuję to i w ciszy trzymam za niego kciuki.

 

A jak podsumowałbyś swój okres aktywności artystycznej z perspektywy minionych już lat?


Tego typu podsumowań zdecydowanie unikam. Bo to jak zamykanie za sobą drzwi do magicznej krainy. U mnie to już czwarta dekada poszukiwań i doświadczeń muzycznych. Moi rówieśnicy byli punkami, większość gdzieś tam została. Później był d’n’b z młodszymi znajomymi, większość zwyczajnie zdziadziała. Dzieciaki, z którymi tworzyliśmy scenę electro jakoś znormalnieli. Dziś okazjonalnie gramy techno, a z rówieśnikami moich synów skaczemy przy hard techno, choć ci starsi już niechętnie wchodzą w 150+ bpm… Ciągle mam głód nowego, nowej energii czasów, w których proces zmian przyspiesza wykładniczo. Ciągle też na realizację czeka projekt własnego studyjka i nie mogę doczekać się tego co w nim powstanie. Może IM2 będzie dumne z nowego rozdania, a może lepiej będzie wypuścić coś pod nieznanym nikomu pseudonimem wolnym od skojarzeń i oczekiwań, choćby po to, aby uniknąć ageizmu (śmiech - przyp. red.).


Zdjęcia: materiały prasowe.



Komentarze

Popularne posty