W ogniu 10 pytań: CHRIST AGONY


CHRIST AGONY - jedna z najważniejszych i najbardziej doświadczonych grup na polskiej scenie metalowej, uznawana za prekursora rodzimego black metalu. Zespół ten powstał w 1990 roku z inicjatywy wokalisty i gitarzysty formacji Cezarego „Cezara” Augustynowicza. Ostatni krążek zespołu - album „Anthems” ukazał się w 2025 roku i był pierwszym po 9-letniej przerwie longplayem grupy. Na tę okazję, w ogniu 10 pytań stanął więc Cezar, który w takim klimacie poradził sobie śpiewająco. Niezwykle szczery, inspirujący i treściwy wywiad, który polecam z całego serca.


Ponoć black metal karmi się nienawiścią i mrokiem. Jeśli to prawda, człowiek nie może w tym trwać wiecznie bez uszczerbku na zdrowiu. Jak więc ładujesz swoje wewnętrzne baterie, by nie dać się całkowicie pożreć tej estetyce?


Myślę, że przede wszystkim trzeba nauczyć się rozróżniać mrok, który tworzysz w sztuce, od mroku, w którym żyjesz na co dzień. Dla mnie black metal nigdy nie był instrukcją życia ani sposobem na to, żeby przez dwadzieścia cztery godziny na dobę pozostawać w stanie nienawiści. Oczywiście, kiedy tworzę muzykę CHRIST AGONY, wchodzę w pewien określony świat. Jest w nim ciemność, śmierć, rytuał, tajemnica, bunt, czasami gniew. To są emocje i symbole, które pozwalają mi coś wyrazić. Ale kiedy odkładam gitarę, nie muszę już w tym świecie pozostawać. Wręcz przeciwnie, z czasem nauczyłem się, że żeby móc tworzyć rzeczywiście mroczną muzykę, potrzebuję również równowagi w normalnym życiu. Potrzebuję ciszy, kontaktu z naturą, zwykłych ludzkich relacji, śmiechu, odpoczynku. To właśnie kontrast pomiędzy światłem i ciemnością pozwala mi później wrócić do tej ciemniejszej strony z odpowiednią energią.


Kiedy byłem młodszy, chyba bardziej utożsamiałem się z tym światem. Black metal był wtedy dla mnie nie tylko muzyką, ale właściwie całym sposobem postrzegania rzeczywistości. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Nadal kocham mrok, ale nie muszę już w nim mieszkać. I paradoksalnie myślę, że właśnie dzięki temu moja muzyka może być dzisiaj bardziej autentyczna. Przez wiele lat uczyłem się również, że człowiek może bardzo łatwo pomylić konfrontowanie się z własną ciemnością z pozwoleniem, żeby ta ciemność zaczęła nim rządzić. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Dla mnie muzyka jest przestrzenią, w której mogę wejść w te najciemniejsze rejony, przyjrzeć się im, nadać im formę i później z nich wyjść.


Nie chcę być pożarty przez własną estetykę. Wolę ją oswoić, zrozumieć i wykorzystać jako paliwo do tworzenia. A moje wewnętrzne baterie? Czasami bardzo prozaiczne rzeczy - cisza, muzyka, natura, dobry koncert, spotkanie z bliskimi ludźmi, a czasami po prostu dzień, w którym niczego nie muszę tworzyć. Po trzydziestu pięciu latach CHRIST AGONY wiem już, że nawet mrok potrzebuje odpoczynku.


Pytam, bowiem wspominałeś wielokrotnie, że wokale do utworów rejestrujesz w nocy, w samotności oraz „w towarzystwie osobistych demonów”. Jak więc ich obecność wpływa na finalny efekt Twojej pracy? Sesja nagraniowa bywa formą egzorcyzmu?


Tak, chyba można powiedzieć, że sesja nagraniowa bywa dla mnie pewną formą egzorcyzmu, ale nie używam tego określenia dosłownie. Moje „osobiste demony” nie są dla mnie żadnymi nadprzyrodzonymi bytami. To raczej wspomnienia, emocje, lęki, gniew, poczucie winy, doświadczenia, których nie da się po prostu wymazać z pamięci. Wokale rzeczywiście najczęściej nagrywam w nocy i w samotności. Jest w tym coś bardzo naturalnego. Noc odcina mnie od codziennego świata. Telefon przestaje mieć znaczenie, nie ma ludzi, hałasu, obowiązków. Zostaje tylko muzyka, mikrofon i ja. A żeby nagrać wokal do CHRIST AGONY, muszę wejść w odpowiedni stan emocjonalny. Nie mogę po prostu włączyć mikrofonu o dwunastej w południe, przeczytać tekstu i powiedzieć: „dobra, nagrywamy”. To nie działa. Muszę uwierzyć w te słowa.


Muszę na pewien czas przywołać emocje, które stoją za tekstem. Czasami jest to gniew, czasami rozpacz, czasami poczucie pustki, czasami coś bardziej mistycznego. I wtedy te „demony” rzeczywiście pojawiają się w pewnym sensie ponownie - ale ja decyduję, kiedy je wpuszczam i kiedy mają wyjść. To jest dla mnie właśnie różnica pomiędzy tworzeniem, a autodestrukcją. Nie chodzi o to, żeby ponownie przeżywać wszystko, co było złe, i pozwolić temu siebie zniszczyć. Chodzi o to, żeby wziąć te doświadczenia i przekształcić je w coś twórczego. Dlatego słowo „egzorcyzm” jest całkiem trafne.


Kiedy kończę nagrywanie i zdejmuję słuchawki, czasami mam poczucie, że coś ze mnie zeszło. Jakby część emocji, które przez jakiś czas nosiłem w środku, została przeniesiona do muzyki. I dlatego noc jest dla mnie tak ważna. W nocy wszystko staje się bardziej intensywne. Cisza pozwala usłyszeć rzeczy, które w ciągu dnia są zagłuszane przez codzienność. Można wejść głębiej w siebie. Ale jest jeszcze jedna rzecz. Dzisiaj, po tylu latach, wiem już, że nie muszę cierpieć, żeby tworzyć dobrą muzykę. Kiedyś być może myślałem inaczej. Dzisiaj wiem, że można wykorzystać własne doświadczenia, ciemność i trudne emocje jako materiał artystyczny, bez ponownego niszczenia samego siebie. Może więc nie jestem człowiekiem, który walczy ze swoimi demonami. Może jestem człowiekiem, który nauczył się z nimi rozmawiać. A czasami, kiedy nagrywam wokale, pozwalam im mówić za mnie.


Wasz ostatni album „Anthems” przerywa niemal dekadę studyjnej ciszy. Jaki był więc powód tego stanu rzeczy? Podobno zwłoka jest wrogiem postępu…


To prawda, że niemal dekada bez nowego albumu może wyglądać jak ogromna zwłoka. Ale w moim przypadku nie była to decyzja w rodzaju: „Zrobię sobie dziesięć lat przerwy od muzyki”. Życie po prostu postawiło przede mną rzeczy, z którymi musiałem się zmierzyć. Jednym z najważniejszych powodów była moja wieloletnia walka z uzależnieniem od alkoholu. To był bardzo trudny okres mojego życia i choroba ta w pewnym momencie zaczęła wpływać właściwie na wszystko - również na muzykę. Musiałem się zatrzymać. I przede wszystkim musiałem odnaleźć siebie na nowo, już w zupełnie trzeźwy sposób. Spojrzeć inaczej nie tylko na muzykę, ale przede wszystkim na własne życie. Gdybym w pewnym momencie nie wytrzeźwiał i nie podjął tej walki, prawdopodobnie dzisiaj nie rozmawialibyśmy o nowym albumie CHRIST AGONY. Moje życie mogłoby zostać kompletnie zrujnowane. Dlatego dzisiaj nie patrzę na te lata wyłącznie jako na „stracony czas”. Oczywiście, z perspektywy muzyka zawsze chciałoby się nagrywać więcej, wydawać kolejne płyty, grać koncerty. Ale czasami człowiek musi najpierw uratować własne życie, zanim będzie w stanie stworzyć cokolwiek wartościowego. 


Przez te lata musiałem nauczyć się wielu rzeczy od początku. Przede wszystkim tego, kim jestem bez alkoholu, bez ciągłej potrzeby uciekania od siebie i bez życia w chaosie. I paradoksalnie właśnie ta cisza sprawiła, że kiedy wróciłem do tworzenia, miałem znacznie więcej do powiedzenia. „Anthems” nie powstał więc dlatego, że pewnego dnia pomyślałem: „minęło już dziewięć lat, chyba najwyższy czas wydać płytę”. Powstał dlatego, że w pewnym momencie znów poczułem potrzebę tworzenia. I była to zupełnie inna potrzeba niż kiedyś. Wcześniej muzyka często była dla mnie sposobem ucieczki. Po tych wszystkich doświadczeniach stała się bardziej sposobem konfrontacji z przeszłością, z własnymi wyborami, z tym, kim byłem i kim chciałem się stać. Dlatego „Anthems” jest dla mnie czymś więcej niż kolejnym albumem w dyskografii CHRIST AGONY. Jest dowodem na to, że czasami można się zatrzymać, upaść bardzo nisko, a później jednak powstać i rozpocząć wszystko jeszcze raz. Więc może zwłoka rzeczywiście jest wrogiem postępu. Ale czasami zatrzymanie się jest jedynym sposobem, żeby móc ruszyć dalej.


Pierwszy singiel, „Empire Of Twilight”, dotykał motywu zmierzchu. Czy ten „zmierzch” odnosi się do Twojego osobistego momentu w życiu, czy też wręcz przeciwnie - to diagnoza współczesnego świata?


Myślę, że „Empire Of Twilight” można odczytywać na obu tych poziomach. Nie pisałem tego utworu jako bezpośredniego komentarza do konkretnego wydarzenia w moim życiu ani jako politycznej, czy społecznej diagnozy współczesnego świata. Bardziej interesował mnie sam symbol zmierzchu. Zmierzch jest bardzo specyficznym momentem. Nie jest już dniem, ale nie jest jeszcze nocą. Znajdujesz się pomiędzy dwoma stanami. Coś się kończy, ale nie wiesz jeszcze, co się zacznie. I właśnie dlatego ten obraz był mi wtedy bardzo bliski. Patrząc dzisiaj z perspektywy czasu, oczywiście widzę w nim również coś bardzo osobistego. „Anthems” powstawał w momencie mojego życia, kiedy wiele rzeczy się kończyło, ale jednocześnie pojawiało się coś nowego. Musiałem zostawić za sobą pewien sposób życia i zmierzyć się z konsekwencjami własnych wyborów. Zmierzch dobrze opisuje taki stan. Nie jest jeszcze ciemnością, ale światło zaczyna zanikać. I być może właśnie dlatego ten symbol tak często powraca w mojej twórczości. Interesują mnie momenty graniczne pomiędzy światłem i ciemnością, życiem i śmiercią, końcem i początkiem, świadomością i tym, co znajduje się poza nią. Ale „Empire Of Twilight” można również odczytać szerzej. Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których bardzo wiele rzeczy traci swoje znaczenie. Dawne wartości, idee, autorytety, pewne sposoby patrzenia na świat - wszystko to podlega ciągłej zmianie. Jednocześnie nie bardzo wiemy, co pojawi się w ich miejsce. To również jest pewnego rodzaju zmierzch.


Nie chcę jednak mówić słuchaczowi: „Ten utwór oznacza dokładnie to”. Lubię, kiedy tekst pozostawia przestrzeń na własną interpretację. Dla jednej osoby „Empire Of Twilight” może być opowieścią o końcu pewnej epoki. Dla kogoś innego - o końcu związku, przyjaźni albo pewnego etapu życia. Dla mnie jest jednym i drugim. Bo chyba właśnie na tym polega siła symbolu - możesz umieścić w nim własną historię, a jednocześnie pozwolić innym ludziom odnaleźć w nim ich własne historie. A zmierzch sam w sobie nie jest przecież wyłącznie końcem. Jest również momentem, po którym zaczyna się noc. A z nocy może narodzić się coś zupełnie nowego.


Album ten zapowiadany był, jako powrót do korzeni oraz surowego dark metalu. Skoro o przeszłości mowa, jak porównałbyś go do wcześniejszych wydawnictw Waszego autorstwa? Czy pisanie tekstów na ten krążek wymagało rozdrapania zabliźnionych dawniej ran?


Określenie „powrót do korzeni” jest trafne, ale nie rozumiem go jako próby cofnięcia się w czasie i nagrania drugiego „Moonlight” czy „Epitaph of Christ”. Nie chciałem udawać, że znowu mam dwadzieścia kilka lat i jestem dokładnie tym samym człowiekiem, którym byłem wtedy. „Anthems” jest raczej powrotem do pewnego sposobu myślenia o CHRIST AGONY - do surowości, ciężaru, mroku i atmosfery, ale przepuszczonych przez doświadczenia człowieka, którym jestem dzisiaj. Dlatego kiedy słucham „Anthems”, słyszę w nim oczywiście ducha starszych materiałów, ale jednocześnie jest tam bardzo dużo rzeczy, których nie mógłbym napisać trzydzieści lat temu. Przede wszystkim dlatego, że wtedy po prostu nie miałem takich doświadczeń. Jeśli chodzi o teksty, to tak w pewnym sensie musiałem wrócić do miejsc, do których nie zawsze chciało się wracać. Ale nie powiedziałbym, że chodziło o rozdrapywanie zabliźnionych ran. Bardziej o ich oglądanie z dystansu. Przez wiele lat człowiek potrafi uciekać od pewnych rzeczy, wypierać je albo udawać, że już go nie dotyczą. Tymczasem one gdzieś w nim pozostają. Tworzenie „Anthems” pozwoliło mi spojrzeć na część tych doświadczeń jeszcze raz, ale już z zupełnie innej perspektywy.


Dzisiaj nie jestem tym samym człowiekiem, który przeżywał tamte sytuacje. I to jest ogromna różnica. Niektóre teksty dotykają bardzo osobistych rzeczy - samotności, wewnętrznej walki, destrukcji, poszukiwania własnej drogi, konfrontacji z ciemnością. Ale nie chciałem robić z „Anthems” pamiętnika. To nie jest album: „Oto wszystko, co wydarzyło się w moim życiu”. Moje osobiste doświadczenia są raczej paliwem, z którego buduję coś bardziej uniwersalnego. Dlatego w tych tekstach pojawiają się również Lucyfer, noc, krew, ogień, rytuał, transcendencja czy ciemność. To są symbole, które pozwalają mi opowiadać o rzeczach bardzo osobistych, ale w języku, który nie jest dosłowny. I chyba właśnie tego potrzebowałem. Nie rozdrapywać ran, tylko zamienić blizny w język. „Anthems” jest więc powrotem do korzeni, ale nie powrotem do przeszłości. To raczej powrót do źródła po trzydziestu pięciu latach drogi. Wracam do tego samego mroku, ale patrzę na niego już z zupełnie innego miejsca.


Wspomniany tytuł - „Anthems” brzmi podniośle, jak pochwała bóstwa lub idei. Czego więc uznaniem był powrotny album? Jak brzmi też przesłanie, które niosą z sobą tytułowe hymny?


Tytuł „Anthems” jest dla mnie celowo bardzo szeroki. Nie chciałem, żeby oznaczał hymny skierowane wyłącznie do jednej konkretnej istoty czy bóstwa. To są hymny skierowane do pewnych idei, sił i stanów, które pojawiają się w całym albumie - do ciemności, nocy, chaosu, tajemnicy, wolności, ognia, krwi, żywiołów, transcendencji, a także do samego procesu poszukiwania i przekraczania własnych granic. W tym sensie „Anthems” jest bardziej celebracją niż modlitwą. Nie jest to próba powiedzenia słuchaczowi, w co powinien wierzyć. Bardziej interesuje mnie pokazanie pewnej drogi - zejścia w ciemność, konfrontacji z tym, co znajduje się wewnątrz człowieka, i próby odnalezienia tam wiedzy, siły czy prawdy. Dlatego tytułowe „hymny” można rozumieć bardzo różnie. Można je potraktować jako hymny ku czci ciemności, ale ciemność nie jest tutaj wyłącznie czymś negatywnym. Jest również przestrzenią, w której można zobaczyć rzeczy, których nie dostrzegamy w świetle.


Można powiedzieć, że „Anthems” jest hymnem do samego poszukiwania. Do człowieka, który nie chce przyjąć gotowych odpowiedzi i próbuje znaleźć własną drogę, nawet jeśli prowadzi ona przez miejsca niewygodne, niebezpieczne czy mroczne. Jest w tym również pewien paradoks. Przez lata black metal kojarzył się przede wszystkim z buntem przeciwko określonemu porządkowi, religii czy systemowi wartości. Dla mnie z czasem ten bunt stał się bardziej wewnętrzny. Nie chodzi już tylko o bunt przeciwko światu. Chodzi o bunt przeciwko własnym ograniczeniom. Przeciwko temu, co człowiek sam sobie narzuca. Przeciwko strachowi, uzależnieniom, słabościom, niewiedzy. Dlatego „Anthems” jest dla mnie również pewnego rodzaju hymnem przemiany. I jeśli miałbym powiedzieć jednym zdaniem, czego uznaniem jest ten album, powiedziałbym: „Anthems” jest hymnem ku czci ciemności, która nie prowadzi do zagłady, lecz pozwala człowiekowi lepiej poznać samego siebie. Być może właśnie dlatego tytuł wydał mi się odpowiedni. Bo hymn nie musi być przecież skierowany do Boga. Może być skierowany do każdej siły, idei czy doświadczenia, które zmieniło sposób, w jaki patrzymy na własne życie.


Na przestrzeni lat w Waszym składzie zachodziły zmiany. Czy ich wielość nazwałbyś bolesną amputacją, czy też były to konieczne transplantacje, ratujące życie i karierę grupy?


Świetna metafora. Myślę, że w historii CHRIST AGONY były zarówno amputacje, jak i transplantacje. Każda zmiana składu ma swoją własną historię. Niektóre były bolesne, niektóre wynikały z naturalnego rozwoju ludzi, inne z różnic muzycznych, czy życiowych. Nie da się przeżyć ponad trzydziestu pięciu lat istnienia zespołu bez takich sytuacji. Kiedy jesteś młody, często myślisz, że zespół to przede wszystkim konkretni ludzie, którzy stoją obok Ciebie. Z czasem zaczynasz rozumieć, że zespół jest czymś większym. Muzycy mogą się zmieniać, ale pewne rzeczy pozostają. Dla mnie tym najważniejszym elementem jest DNA CHRIST AGONY - sposób budowania muzyki, atmosfera, mrok, melodyka, emocje i pewna filozofia, która od początku była obecna w tym zespole. Oczywiście każda osoba, która była częścią CHRIST AGONY, zostawiła w nim jakiś ślad. Niektórzy muzycy wnieśli rzeczy, których sam prawdopodobnie nigdy bym nie stworzył. Dlatego nie traktuję tych zmian wyłącznie jako strat.


Czasami odejście jednego człowieka oznaczało koniec pewnego etapu, ale jednocześnie otwierało przestrzeń dla czegoś nowego. I chyba właśnie dlatego bardziej podoba mi się Twoja metafora transplantacji. Organizm może przejść przez bardzo trudny zabieg, ale jeśli przeżyje, może później funkcjonować zupełnie inaczej - czasami nawet mocniej. Dzisiaj patrzę na obecny skład CHRIST AGONY właśnie w ten sposób. Shambo na basie i Dimon na perkusji wnieśli do zespołu ogromną ilość energii. Czuję między nami bardzo dużą chemię i mam wrażenie, że ta energia już teraz zaczyna wpływać na muzykę. To jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ nie chcę być zespołem, który żyje wyłącznie własną przeszłością. Mamy historię, której nie zamierzam się wypierać. „Epitaph of Christ”, „Moonlight”, „Darkside”, „Legacy”, „Anthems” - to wszystko są kolejne rozdziały tej samej historii. Ale nie chcę, żeby ostatni rozdział był już napisany. Dlatego każda zmiana składu była w pewnym sensie częścią ewolucji CHRIST AGONY. Czy były bolesne? Oczywiście. Czy wszystkie były konieczne? Tego nie potrafię powiedzieć.Ale wiem jedno - gdyby przez te trzydzieści pięć lat nic się nie zmieniało, CHRIST AGONY prawdopodobnie już dawno przestałby istnieć. Czasami żeby przeżyć, trzeba coś stracić. A czasami trzeba pozwolić nowym ludziom wejść do środka i zobaczyć, co razem jesteście w stanie stworzyć. I właśnie na tym etapie jesteśmy teraz.



Wiele ekip z Twoich czasów popadło w zapomnienie. Wy zdajecie się jednakże z dumą pozostawać w rodzimym podziemiu. Bycie zatem tym „kultowym dla wtajemniczonych” to świadomy wybór, czy być może kaprys losu, na który nie mieliście wpływu?


Nigdy nie siadaliśmy przy stole i nie mówiliśmy: „Zostańmy kultowym zespołem dla wtajemniczonych”. To byłoby chyba trochę absurdalne. Myślę, że w naszym przypadku jest to połączenie świadomych wyborów i kaprysu losu. Od początku CHRIST AGONY był zespołem undergroundowym i właśnie tam czuliśmy się najbardziej naturalnie. Nie mieliśmy wielkiej strategii kariery, planu podboju rynku ani menedżera, który mówiłby nam, w którą stronę mamy iść. Po prostu nagrywaliśmy muzykę, którą sami chcieliśmy nagrywać, i konsekwentnie szliśmy własną drogą.


Oczywiście były momenty, kiedy zespół miał większą rozpoznawalność, pojawiał się w większych mediach, grał większe koncerty czy wydawał materiały, które docierały znacznie dalej niż polski underground. Ale nigdy nie miałem potrzeby zmieniania muzyki tylko po to, żeby dotrzeć do większej liczby ludzi. I być może właśnie dlatego dzisiaj jesteśmy w tym miejscu. Nie jesteśmy zespołem, który próbuje podobać się wszystkim. CHRIST AGONY zawsze miał swój język i swoją atmosferę. Dla jednych to będzie coś niezwykłego, dla innych kompletnie niezrozumiałego. I bardzo dobrze. Jeżeli ktoś po trzydziestu latach nadal wraca do „Moonlight”, „Epitaph of Christ” czy „Daemoonsenth”, a jednocześnie słucha „Anthems” i czeka na „Sanctuary”, to znaczy, że ta muzyka naprawdę coś dla niego znaczy. I właśnie to jest dla mnie ważniejsze niż liczby.


Słowo „kultowy” jest dzisiaj trochę nadużywane. Nie wiem, czy sam nazwałbym CHRIST AGONY zespołem kultowym. To raczej określenie, które pozostawiam słuchaczom. Jeżeli ktoś uważa, że jesteśmy zespołem „dla wtajemniczonych”, to przyjmuję to jako komplement. Bo underground nigdy nie oznaczał dla mnie braku ambicji. Oznaczał niezależność. Możesz być w undergroundzie i jednocześnie mieć ambicję tworzenia muzyki na najwyższym możliwym dla siebie poziomie. I chyba właśnie to było dla mnie najważniejsze przez te wszystkie lata. Nie chciałem być największym zespołem. Chciałem być CHRIST AGONY. I jeśli po trzydziestu pięciu latach nadal możemy robić dokładnie to, co chcemy, wydawać płyty, grać koncerty i mieć ludzi, którzy czekają na kolejne rzeczy - to uważam, że los potraktował nas całkiem dobrze. Może więc nie był to ani świadomy wybór, ani wyłącznie przypadek. Po prostu przez trzydzieści pięć lat konsekwentnie szliśmy własną drogą - i okazało się, że ta droga prowadzi właśnie tutaj.


Z ciekawości - co jest według Ciebie większym wrogiem dla każdego z nas: religijna hipokryzja, czy też nowoczesny ołtarz cyfrowej próżności?


Myślę, że oba te zjawiska są bardzo niebezpieczne, ale chyba nie wskazałbym jednego jako większego wroga. Religijna hipokryzja i cyfrowa próżność mają dla mnie pewien wspólny mianownik - człowiek zaczyna żyć nie według tego, co naprawdę czuje i myśli, ale według tego, jak chce być postrzegany przez innych. Religijna hipokryzja może być szczególnie destrukcyjna, kiedy człowiek używa wiary jako narzędzia kontroli nad innymi, jednocześnie samemu nie przestrzegając zasad, które głosi. Zamiast duchowości pojawia się wtedy władza, strach i ocenianie. Ale współczesny cyfrowy świat stworzył coś równie interesującego. Dzisiaj człowiek może zbudować sobie własny ołtarz i codziennie składać na nim ofiarę z własnego życia. Tym ołtarzem jest ekran. Lajki, komentarze, obserwujący, liczba wyświetleń, zdjęcia, które mają pokazać innym, jak świetnie żyjemy. Człowiek zaczyna tworzyć własną wersję siebie dla publiczności i po pewnym czasie sam już nie wie, gdzie kończy się prawdziwy człowiek, a zaczyna jego cyfrowa maska. I chyba właśnie to uważam za najbardziej niebezpieczne. Nie sam internet. Nie media społecznościowe. Tylko moment, w którym przestajesz żyć swoim życiem, a zaczynasz żyć jego reprezentacją dla innych ludzi. Co ciekawe, oba mechanizmy mogą prowadzić do tego samego miejsca. Kiedyś ktoś mówił Ci, w co masz wierzyć, jak masz żyć i jakim człowiekiem powinieneś być. Dzisiaj algorytm podpowiada Ci, co masz kupić, jak wyglądać, co oglądać, czego słuchać i co powinieneś uważać za sukces.


Różnica polega na tym, że dawniej miałeś przed sobą kapłana. Dzisiaj masz algorytm. A algorytm nie potrzebuje nawet, żebyś w niego wierzył. Wystarczy, że będziesz go karmił swoją uwagą. Dlatego chyba największym wrogiem jest dla mnie utrata własnego myślenia. Możesz być religijny albo niereligijny. Możesz korzystać z Instagrama, Facebooka, czy Tik-Toka albo wyrzucić telefon przez okno. To nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, czy nadal potrafisz zatrzymać się i zapytać: „Czego ja właściwie chcę?” A nie: „Czego wszyscy ode mnie chcą?”.


Myślę, że właśnie dlatego tak ważna jest dla mnie niezależność - również w muzyce. Przez trzydzieści pięć lat CHRIST AGONY nie zawsze robił to, czego oczekiwali od nas ludzie. Czasami dzięki temu popełnialiśmy błędy. Ale przynajmniej były to nasze błędy. I chyba wolę popełnić własny błąd, niż perfekcyjnie wykonać instrukcję kogoś innego.


To na zakończenie, zdradź nam proszę, która z Twoich dawnych decyzji życiowych, z której kiedyś byłeś dumny, dziś wydaje Ci się kompletną głupotą?


Chyba największą głupotą było to, że przez pewien czas byłem przekonany, że mam jeszcze nieskończenie dużo czasu na naprawianie własnego życia. Kiedy jesteś młody, wydaje Ci się, że wszystko można odłożyć na później. Możesz coś stracić, coś zepsuć, kogoś zranić, podjąć złą decyzję - a później, kiedyś, wszystko naprawisz. Dzisiaj wiem, że to tak nie działa. Były w moim życiu decyzje, z których kiedyś byłem dumny, bo wydawały mi się dowodem niezależności, siły albo buntu. Po latach niektóre z nich widzę zupełnie inaczej. Nie dlatego, że żałuję całego swojego życia, ale dlatego, że dzisiaj mam większą świadomość konsekwencji. Największym błędem było chyba mylenie wolności z brakiem odpowiedzialności. Przez pewien czas wydawało mi się, że skoro jestem artystą, żyję po swojemu i nie interesują mnie zasady narzucane przez innych, to wszystko jest w porządku. Nie. Wolność bez odpowiedzialności bardzo szybko może zamienić się w autodestrukcję.


I tutaj wracam również do alkoholu, ponieważ był on częścią tego okresu mojego życia. Przez długi czas mogłem sobie tłumaczyć różne rzeczy, usprawiedliwiać własne zachowania i przekonywać siebie, że jeszcze wszystko kontroluję. To była oczywiście kompletna iluzja. Dzisiaj nie jestem dumny z tamtych decyzji. Ale jednocześnie nie chcę ich wymazywać z własnej historii, ponieważ były częścią drogi, którą musiałem przejść, żeby stać się człowiekiem, którym jestem dzisiaj. Paradoksalnie więc nauczyłem się, że nawet z własnej głupoty można coś uratować. Pod warunkiem, że człowiek ma odwagę powiedzieć sobie: „Tak, zjebałem.” Bez usprawiedliwień. Bez zwalania winy na innych. A potem trzeba po prostu zacząć naprawiać to, co jeszcze można naprawić. Czy zmieniłbym wiele rzeczy, gdybym mógł cofnąć czas? Oczywiście. Ale nie jestem pewien, czy chciałbym naprawdę cofnąć czas. Bo wtedy być może nie byłbym dzisiaj tym człowiekiem. I chyba najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyło mnie życie, jest to, że przeszłości nie można zmienić, ale można zdecydować, co zrobisz z jej konsekwencjami.


Zdjęcia: materiały prasowe.



Prześlij komentarz

0 Komentarze