Azarath - legenda polskiego death metalu. Zespół ten powstał w październiku 1998 roku w Tczewie. Najnowszy album formacji „Scorn Eternal” ukaże się już 20 listopada 2026 roku, nakładem wytwórni Agonia Records. Okoliczność ta sprzyjała zatem postawieniu 10 ognistych pytań przed moimi odważnymi rozmówcami - Bartłomiejem „Bart” Szudkiem (gitara) oraz Marcinem „Skullripper” Sienkielem (wokal, gitara). Jak sobie poradzili? Oceńcie sami. Zachęcam do lektury wywiadu.
Sześć lat milczenia od czasu „Saint Desecration” to w historii Azarath najdłuższa przerwa między płytami. Czy ten czas był Wam niezbędny do zatankowania twórczego paliwa, czy też może proces powstawania „Scorn Eternal” napotykał opory?
BART: Mieliśmy już podobną przerwę między „Blasphemers” a „In Extremis”, ale wtedy to akurat był dość mocno męczący okres powstawania albumu. Teraz w tym 6-letnim okresie Inferno nagrał kilka materiałów z Terrestrial Hospice, Behemoth, poza tym Witchmaster, Hellfuck, Satan’s Call, Weedpecker. Marcin nagrał nowy Embrional oraz Hellfuck. Nie czuliśmy żadnej presji czasu z nagraniem kolejnego albumu Azarath, wszystko dzieje się u nas bardzo naturalnie i w spokoju, powoli. Muzyka i riffy muszą dojrzeć i przetrwać „próbę czasu”. Mnóstwo riffów poszło w tym czasie do kosza. Cały materiał mieliśmy już skomponowany około września 2025 roku i na początku grudnia nagraliśmy bębny na nowy album. Pracuje nam się bardzo dobrze, zbieramy pomysły w domu, następnie spotykamy się u Zbyszka (Zbigniew „Inferno” Promiński - przyp. red.), nagrywamy u niego w domu numery na gitarach, na bieżąco zmieniając lub wymyślając inne aranże, czy drugie, trzecie gitary. Później Zbyszek dokłada do tego bębny i nad tymi szkieletami już dalej pracujemy wspólnie.
Zapowiadacie, że nowy album, który ukaże się pod koniec roku, zawiera elementy dotąd nieobecne w Waszej muzyce. Czego zatem oczekiwać mogą wszyscy ci, którzy sięgną po ten krążek? Jakie nowości brzmieniowe przygotowaliście dla słuchaczy?
BART: To akurat określenie z materiałów prasowych naszej wytwórni. Według mnie nie ma tu żadnych diametralnie innych elementów, których nie zastosowalibyśmy wcześniej. Z naszej perspektywy to po prostu naturalnie wypływające z nas dźwięki w danym momencie, na osi czasu Azarath. Być może wydawca miał na myśli delikatne zastosowanie sampli, czy - jak to nazywamy - „mrocznych teł” w niektórych momentach. Ale dla nas to nie jest nic radykalnego, czy nowego, wystarczy sięgnąć pamięcią choćby do „Rebel Souls” Damnation, czy np. do Luciferion, który uwielbiamy. Zresztą do tej pory sporo tych tzw. „teł” robiliśmy na gitarach. Zbyszek od czasu tworzenia soundtracku do Oneness ma ogromne doświadczenie i możliwości w tym zakresie, no i przede wszystkim pomysły.
Okładka „Scorn Eternal” jest dziełem Marty Promińskiej z Hypnagogic Art, z którą współpracowaliście już w przeszłości. Jej twórczość często ubrana jest w chłodną paletę barw. Jak więc ta estetyka koresponduje z muzyką, którą zawarliście na płycie? Czy szukaliście synergii między chłodem jej płócien, a brzmieniem albumu?
BART: Tak, współpracujemy z Martą niezmiennie od czasu „In Extremis”. Według mnie w jej obrazach chłodne i ciepłe barwy się wzajemnie przenikają, nie powiedziałbym, że są w jednej - chłodnej - temperaturze. Na „Scorn Eternal” mamy zarówno krwistą czerwień, jak i lodowaty mrok czerni. Sam proces tworzenia wyglądał tak, że Marta poznawała materiał na bieżąco, już w trakcie komponowania, a później otrzymywała całość muzyki do odsłuchu oraz teksty. Obraz jest więc wypadkową emocji towarzyszących Marcie w trakcie malowania, czy odsłuchu płyty. Moim zdaniem obraz bardzo dobrze wpasowuje się i oddaje duszny, mroczny klimat „Scorn Eternal”.
Na festiwalu Summer Dying Loud 2026 zaprezentowaliście premierowo utwór „Herald of the Unseen”. Czy reakcja publiczności zaspokoiła Wasze oczekiwania? A może zwyczajnie było Wam to obojętne…?
BART: Nie mieliśmy w tej kwestii jakichś oczekiwań. Planując już wcześniej występ na SDL, dogadaliśmy się co do występu właśnie w Krypcie. Koniecznie chcieliśmy zagrać ten numer przedpremierowo, aby nagrać do niego „live klip”. Dogadaliśmy się z Kasią i Mateuszem z Dark Descent Promotion, których poznaliśmy rok wcześniej na Thunderfest i nagraliśmy video do „Heralda”. Zrobili to naprawdę mega profesjonalnie i zajebiście, pomimo trudnych warunków. W tym miejscu także wielkie podziękowania dla całej festiwalowej ekipy z Krypty, zawodowo ogarnęli światła i telebim pod nagranie klipu. Wiadomo, to koncert, mieliśmy więc tylko jedno podejście do nagrania klipu, no i jesteśmy mega zadowoleni.
Album „Infernal Blasting” z 2003 roku to dla wielu fanów absolutny pomnik bezkompromisowości. Jak z dzisiejszej perspektywy patrzycie na tamto wydawnictwo? Czy zgodzicie się z twierdzeniem, że Wasz nowy krążek to duchowy spadkobierca „Infernal…”?
BART: Wiesz, to były diametralnie inne czasy dla nas, jako zespołu jak i dla nas osobiście. Teraz każdy jest ponad 20 lat starszy, w innym momencie życia, z innym bagażem doświadczeń osobistych jak i muzycznych/kompozytorskich. Obecnie jak czasem sobie puścimy te numery, to ze Zbyszkiem zastanawiamy się jak my to kurwa nagraliśmy, co za chaos i pomysły mieliśmy wtedy w głowach! Często mam też taką myśl-pytajnik, słuchając niektórych numerów z IB: „co ja tu kurwa gram??”. Nie wiem, czy nazwałbym nowy album spadkobiercą „Infernal Blasting”. Raczej jest to wypadkowa naszych wszystkich wcześniejszych albumów, a także (od czasu „Saint Desecration”) również ręki i riffów Marcina, który komponuje połowę materiału.
Polska scena deathmetalowa jest uznawana za jedną z najsilniejszych marek na świecie. Co Waszym zdaniem decyduje o jej pozytywnej opinii i gdzie na jej mapie plasuje się Azarath?
BART: Nie będę nas plasował na tej mapie. Ale zgodzę się z tą opinią, mamy naprawdę świetną scenę death/black metalową. Parę dni temu byłem na koncercie Krisiun w Gdańsku i Alex ze sceny również powiedział coś w stylu, że Polska według niego ma najlepszą scenę death metalową. Ja osobiście, od początku swojej muzycznej historii z death metalem, uwielbiałem scenę amerykańską, z ukierunkowaniem na Florydę i Nowy Jork oczywiście, poza tym scenę brazylijską, holenderską, szwedzką i polską właśnie - zaczynając od Vader, potem Armagedon, Betrayer, itd. Od wielu, wielu lat nasza scena death/black metalowa - bo nie chciałbym się skupiać wyłącznie na death metalu - jest ceniona na całym świecie. Mamy mnóstwo świetnych kapel i na pewno nie wymienię tu wszystkich. Poza oczywistymi, które regularnie grają trasy po całym świecie na pewno wymieniłbym Embrional, Terrestrial Hospice, Thunderbolt, Infernal War, Voidhanger, Armagedon, Betrayer, Anima Damnata, Kingdom, Damnation, Imperator, Devilpriest, stary Lost Soul, Stillborn, Deus Mortem, Doombringer, Bestial Raids, Venefices, Death like Mass, Christ Agony, Upon the Altar. Co decyduje o wspomnianej przez Ciebie opinii? Myślę, że bezkompromisowość i szczerość w muzyce oraz jakość. Żaden ze wspomnianych tutaj zespołów nie zaistniał dzięki bogatemu portfelowi, czy wielkiej wytwórni, a tylko dzięki wartościowej muzyce. Oczywiście, nie można też zapomnieć o ogromnej, pionierskiej roli Vader, który przetarł szlak dla polskich zespołów.
Cóż, od zawsze unikaliście głównego strumienia mediów, deklarując, że nigdy nie byliście i nie będziecie komercyjnym zespołem. Gdzie Waszym zdaniem wytoczona jest zatem granica, której undergroundowy zespół nigdy nie powinien przekroczyć, by nie stracić wiarygodności?
BART: Ta granica jest obecnie trudna do wytyczenia i raczej dość płynna. Uważam, że nie chodzi o ilość sprzedanych płyt, ilość koncertów, czy tzw. popularność w mediach społecznościowych, o ile nie stanowi to celu samego w sobie. Według mnie zespół undergroundowy nie traci swojej wiarygodności grając na wielkich festiwalach przed wielką publiką, sprzedając mnóstwo płyt, dopóki nie idzie na kompromis artystyczny i nie zmienia swojego stylu, czy image pod obecne trendy na rynku. Dobrym przykładem jest MGŁA, która pomimo popularności i dużej liczby sprzedanych płyt jest dalej - w mojej ocenie - zespołem stricte undergroundowym, działającym niezależnie od wielkich wytwórni i zachowującym cały czas swój wypracowany styl. Dla nas istotne jest to, że jesteśmy zespołem, który nic nie musi. Nagrywamy płyty kiedy czujemy, że to już ten właściwy moment. Nie nagrywamy masowo płyt do tzw. szuflady (czyli nagrać, zapomnieć i kolejny cykl). Nie zmieniamy naszego brzmienia, stylu, czy też image pod dyktando rynku, czy tego co jest obecnie popularne. Nie idziemy na żaden kompromis artystyczny, nigdy nie pozwolilibyśmy sobie na podpisanie kontraktu z wytwórnią, która chciałaby ingerować w muzykę, teksty, albo wizerunek zespołu.
Najważniejsze jest nagrywanie własnej, bezkompromisowej muzyki, a nie dostarczanie na rynek produktu, pod obecne trendy i oczekiwania. Muzyka musi wynikać z potrzeby tworzenia, z wewnętrznej ekspresji, a nie z kalkulacji finansowej, czy potrzeby bycia popularnym za wszelką cenę.
Na przestrzeni lat, przez Wasz zespół przewinęło się wielu świetnych muzyków, m.in. Bruno, Thorn, czy Necrosodom. Który okres w historii Azarath uważacie za najbardziej stabilny i efektywny?
BART: Zdecydowanie obecny! Gramy w tym składzie od 2017 roku i cały czas świetnie się dogadujemy. Tworzenie materiału przebiega w naturalny i twórczy sposób, bez żadnych spięć, w budującej i zajebistej atmosferze. Tak samo z koncertami, świetnie spędzamy czas we wspólnym towarzystwie, a z Marcinem gra mi się najlepiej i najpewniej ze wszystkich gitarzystów. I nie mam tu na myśli ujmowanie umiejętnościom Trufla, Marka, czy Długiego, z których każdy grał inaczej, miał swój styl i wszyscy są świetnymi gitarzystami. Chodzi mi wyłącznie o dopasowanie do naszej muzyki. Marcin bardzo szybko wkomponował się w nasz klimat i już od „Saint Desecration” jest współtwórcą naszej muzyki. Docenić też trzeba naszych sesyjnych muzyków, z którymi zawsze mam pewność, że zajebiście się przygotują do koncertu - czy to Adam, czy Paweł (bębny), czy czasem też jak trzeba Michał (Armagog) na basie. Od wielu lat w tej kwestii też właśnie mamy pełną stabilność.
Wsłuchując się w Wasze teksty zastanawiam się, czego o sobie samym dowiaduje się człowiek, który spędza większość życia na badaniu najmroczniejszych zakamarków ludzkiej natury? Czy obrana ścieżka twórcza pozwoliła Wam zrozumieć lepiej własne słabości?
Marcin: Obcowanie z najmroczniejszymi aspektami ludzkiej natury przede wszystkim odziera człowieka ze złudzeń. Im głębiej zaglądasz w otchłań ludzkiej psychiki, tym wyraźniej dostrzegasz, jak cienka jest granica pomiędzy tym, co nazywamy cywilizacją, a pierwotnym instynktem destrukcji. Zło, okrucieństwo, nienawiść, czy żądza dominacji nie są przecież czymś zewnętrznym wobec człowieka. Stanowią integralną część jego natury, niezależnie od tego, jak bardzo próbuje ją ukryć pod płaszczem moralności, religii, lub społecznych konwenansów.
Twórczość Azarath nigdy nie była dla nas formą autoterapii, ani poszukiwaniem duchowego oczyszczenia. Jest raczej świadomą konfrontacją z tym, co większość ludzi woli przemilczeć lub wyprzeć ze swojej świadomości. Dla mnie to bezkompromisowe spojrzenie na człowieka jako istoty pełnej sprzeczności, zdolnej zarówno tworzyć wartościowe rzeczy, jak i równolegle je unicestwiać. Czy dzięki temu lepiej rozumiemy własne słabości? Osobiście byłem i jestem świadomy swoich słabości, a także tego jak sobie z nimi radzić, kiedy mi to przeszkadza. Twórczość muzyczna natomiast jest dla mnie pewnym wentylem bezpieczeństwa, poprzez który mogę dać upust swoim emocjom. Nie szukałem w tym nigdy odpowiedzi na pytanie, jak zrozumieć lepiej siebie.
Używałem wcześniej słowa „bezkompromisowość”, lecz na koniec znów się nim posłużę. Jaki osobisty koszt – psychiczny lub fizyczny – byliście zmuszeni płacić przez te wszystkie lata, by utrzymać Azarath na tak bezkompromisowym, ekstremalnym poziomie?
BART: Trudne pytanie. Jeśli o mnie chodzi to nie wiem, czy nazwałbym to „psychicznym, czy fizycznym kosztem”. Wydaje mi się, że to po prostu kwestia świadomych wyborów w różnych momentach i etapach życia. Jeśli decydujesz się grać w zespole, nagrywać płyty, grać próby, koncerty to oczywiste jest, że pochłania to sporo czasu, energii i często odbywa się, czy odbywało „kosztem czegoś innego”. Nigdy jednak nie traktowałem czasu poświęconego zespołowi, jako coś straconego, a jako świadomy wybór, pasję, chęć robienia właśnie tego, a nie czegoś innego. I nigdy tego wyboru nie żałowałem i nie żałuję. Oczywiście było sporo trudnych momentów, czy to związanych ze składem i funkcjonowaniem zespołu, czy osobistych każdego z nas, ale to wszystko tylko nas wzmacniało. Utrzymanie zespołu na wspomnianym przez Ciebie poziomie, to efekt naszej pasji i wytrwałości w tym co robimy, a także na pewno wynik tego, że nie jest to nasza „codzienna praca” i że nic nie musimy.
Marcin: Patrząc z perspektywy mojej dziewięcioletniej obecności w Azarath, trudno mi mówić o jakiejkolwiek cenie, czy poświęceniu. Od zawsze fascynowała mnie ta najbardziej ekstremalna, brutalna i bezkompromisowa odsłona sceny death metalowej. Dołączenie do Azarath było więc naturalną konsekwencją moich muzycznych fascynacji, a nie świadomą decyzją o podjęciu jakiegoś szczególnego wyrzeczenia.
Oczywiście funkcjonowanie w takim zespole wymaga ogromnego zaangażowania, dyscypliny i czasu, ale pasja do tej muzyki skutecznie znieczula wszelkie „niedogodności”. Nigdy nie postrzegałem godzin spędzonych przy gitarze, komponowaniu, nagraniach, czy koncertach jako czegoś, co zostało mi odebrane z życia. Wręcz przeciwnie, traktuję ten czas jako wartość dodaną, doświadczenie, którego nie sposób przeliczyć na żadne inne korzyści.
Zdjęcia: materiały prasowe.


0 Komentarze