W ogniu 10 pytań: SICK SAINTS


SICK SAINTS - polski zespół rockowy, powstały w 2020 roku z inicjatywy gitarzysty Mighty Mike'a. Grupa ma już za sobą fonograficzny debiut w postaci płyty „Out of the Night” (2025). Najnowsze dzieło formacji - album „BrutalGlam” ukaże się już 22 października br., a fakt jego premiery stanowił doskonały pretekst do postawienia 10 ognistych pytań. Moimi rozmówcami byli więc Mighty Mike i Skallor, zaś ja z radością polecam lekturę wywiadu.


Wasz wizerunek sceniczny cechuje wyrazistość. Jak długo trwają Wasze przygotowania przed koncertem i kto z zespołu zużywa najwięcej lakieru do włosów?


Skallor: To zawsze indywidualna kwestia. Na pewno z całą odpowiedzialnością mogę rzec, że jesteśmy w tym temacie doskonale zorganizowani, jesteśmy przygotowani zawsze przed czasem. Co do ilości zużywanego lakieru do włosów król jest tylko jeden: Mighty Mike (śmiech - przyp. red.).


Mighty Mike: Rytuały przedkoncertowe to nasza sekretna mikstura, której nigdy nikomu nie ujawnimy, bo to dzięki niej SICK SAINTS na scenie to takie chore świętoszki! W zespole mamy takich, którzy lubią się przed koncertem wyciszyć, ala „cisza przed bitwą”, a także takich którzy lubią dużo gadać, energia ich roznosi. Lakieru zużywa najwięcej ten, co ma najmniej włosów - domyśl się!


Najnowszy album nazwaliście „BrutalGlam” i ukaże się on w październiku br. Jak opisalibyście materiał zawarty na tym krążku? Wymieńcie proszę jego pięć najważniejszych cech?


Skallor: Ciężko zawrzeć szereg emocji, doświadczeń, przemyśleń wyłącznie w pięciu cechach. Zdecydowanie będzie to najdojrzalszy album pod kątem produkcji, aranżacji, wizji, liryki i obranego przez nas kierunku nazywanego „Brutalglamem”.


Mighty Mike: To nasze najpiękniejsze (przewrotnie!) i najdojrzalsze dziecko. Na albumie jest wszystko to czym jest SICK SAINTS. Są stadionowe refreny, które będziesz nucił codziennie, jest solidny wpi****l, a także ballada, która złapie Cię za serce. To esencja „BrutalGlam”.


Singiel „Fuse”, promujący płytę, opowiada o sprzeciwie wobec systemu i walce Dawida z Goliatem. Kto lub co jest dzisiaj tym systemowym „Goliatem”, z którym walczy SICK SAINTS?


Skallor: Patrząc na obecne czasy, jesteśmy skazani na social media, szeroko rozumianą cyfryzację. Od momentu narodzin stajesz się dla aparatu Państwa wyłącznie ciągiem liczb. Zostaliśmy zalgorytmowani od jedzenia, potrzeb dnia codziennego, ulubionych rzeczy. Jesteśmy wciąż atakowani bodźcami reklamowymi, kontentowymi. Rozrosło się to do takiego stopnia, że dziś w młodszych pokoleniach nie posiadanie konta na znanych portalach mediów społecznościowych jest… Czymś dziwnym, może nawet niepokojącym. Mam wrażenie, że brakuje nam (zwłaszcza w naszym fachu) odrobiny intymności, prywaty. Oczekuje się od nas pokazywania każdego skrawka życia, bo muzyka, teksty powoli zaczynają schodzić na dalszy plan. Choć mamy podejrzenia, osobiście czuję się jakbym walczył drewnianym mieczem z cyfrowym potworem bez twarzy i imienia. Bo w końcu trudno winić antagonistę, gdy pojawiają się jego wyznawcy, dla których to wszystko staje się normalnością, codziennością.


Klip do wspomnianego utworu nakręciliście w czasie Waszej pierwszej europejskiej trasy. Jakie to uczucie zamknąć w jednym obrazie całą energię towarzyszącą tamtej podróży?


Skallor: W teledysku do „Fuse” mam wrażenie, że zawarliśmy zaledwie ułamek naszej scenicznej energii. Ciężko nas zamknąć w kadrze 3-4 minut, by ukazać wszystko co mamy w swoim arsenale. To najbardziej będą widzieć nasi Sickmaniacks, którzy wiernie nam towarzyszą na koncertach. Dopiero cały występ jest w stanie komuś pokazać, jak szeroki wachlarz energii, przestrzeni, przekazu ma nasza formacja. Co do europejskiej trasy, ilość historii, zabawnych gagów jest trudna do złapania. Działo się to w zbyt dużym stężeniu. Może i nawet lepiej dla nas (śmiech - przyp. red.).


Mighty Mike: Uwierz mi, na podstawie tego, co nagrała Dżoli, moglibyśmy napisać kolejny album, będący concept-albumem o życiu w trasie, na 3 metrach kwadratowych przez 20 dni. Hmm, może to jest pomysł?! Obrazek do „Fuse” jest piękną klamrą. Jest klamrą zamykającą trasę, a także klamrą zamykająca nasz rozdział z St. Tommym - to była nasza ostatnia wspólna trasa. St Tommy na zawsze będzie bratem, współtwórcą SICK SAINTS, i nie mogę sobie wymarzyć piękniejszego podsumowania tego etapu, niż klip do „Fuse”.



Jak czytałem, Wasze nowe wydawnictwo jest bilansem trzech lat intensywnej pracy. W jaki sposób to szalone tempo wpłynęło finalnie na brzmienie utworów zawartych na płycie?


Skallor: Jak wspomniałem wcześniej, dojrzeliśmy. Ten czas obfitował w wiele różnych, czasem niełatwych decyzji. Nasze życia prywatne też są dość różne. Dzięki temu ten album jest cięższy, ma więcej przestrzeni, nauczyliśmy się wyrażać siebie, wiemy, gdzie chcemy iść i w jakim stylu.


Mighty Mike: Myślę, że najlepsze utwory powstają, gdy jesteś pod wpływem dużej ilości emocji, bodźców, skrajnych stanów. Wtedy energia w Tobie buzuje, emocje się kotłują, tworzy się mieszanka wybuchowa, którą przelewasz na muzykę, tekst. Wiele się wydarzyło przez ten okres. „BrutalGlam” to idealny opis muzyczny tego czasu.


Za produkcję albumu odpowiadają Mighty Mike i St Tommy. Jak więc udaje Wam się zachować obiektywizm w studio, kiedy to Wy sami stajecie za sterem produkcyjnym?


Skallor: Ktoś zawsze musi prowadzić autobus, mimo, że na jego pokładzie będzie się znajdować więcej osób. Zawsze ze sobą rozmawiamy, staramy się wpłynąć na utwory tak, aby każdy z nas czuł, że jest częścią owego materiału, oraz że może się z nim utożsamiać.


Mighty Mike: Dla mnie zawsze najważniejszy jest zespół. Rozmawiamy ze sobą, kłócimy się, skaczemy sobie do gardeł, obrażamy się, a potem godzimy, wchodzimy do studia i robimy nowy materiał, który jest efektem tych emocji. Po takiej sesji, gdzie zadzieje się niezwykła magia, nagrany mamy kolejny utwór, którego słuchając potem - odczuwamy mega dumę. SICK SAINTS to cztery bardzo różne osobowości, charaktery, każdy wnosi coś innego. Ale to właśnie dzięki temu, nasz „BrutalGlam” ma taką moc, siłę, która zaczyna podbijać świat.


Wasz zespół powstał w 2020 roku, na chwilę przed tym, jak świat raczył się „zatrzymać”. Jeśli cofniemy się w czasie do tamtego momentu, jak wspominacie ów pandemiczny okres, pod kątem działalności artystycznej?


Mighty Mike: To największy test, który udało nam się zdać. Tak naprawdę, mogliśmy się rozpaść. Skallor odszedł, zostalismy we dwójkę z St Tommy’m. To był bardzo trudny okres, ale jednocześnie bardzo dobrze go wspominam - dużo czasu spędzaliśmy razem grając we dwójkę na salce, spotykając się, aby słuchać muzyki, pracować nad zespołem. Tak naprawdę przez myśl nam nie przeszło, aby coś odpuścić. To wtedy zaczęliśmy już pracę nad utworami do „Out of the Night”, planowaliśmy jak podbić świat, aby był u stóp cały nasz. 


Cóż, dla jednych glam to kicz, dla innych rock'n'rollowy hedonizm. A czym dla Was osobiście jest ta estetyka?


Skallor: Zawsze mawiam, że nie jesteśmy zupą pomidorową, aby każdemu smakować (śmiech - przyp. red.). Niemniej rozumiem, szanuje fakt, że komuś może nasza estetyka nie odpowiadać. To normalne. Gdybyśmy robili to samo wszyscy - świat byłby nudny, jednowymiarowy. Dla mnie brutalglam to zaledwie ułamek samego, starego „glamu”, który był trendem lat 80. W tym momencie stał się dla mnie raczej wyraźnym nurtem, czujemy się protoplastami rzeczonego stylu, który zaczerpnął zaledwie cząstkę inspiracji z przeszłości.


Podsumowując, gdyby ten wywiad był Waszym ostatnim w karierze, jakie przesłanie chcielibyście zostawić swoim fanom?


Skallor: Aby nigdy nie bali się myśleć po swojemu. Aby kochali, bawili się i czuli radość z każdego dnia, jakby ten miał być ostatnim w ich życiu. Nasz czas tutaj to tylko ułamek sekundy w perspektywie wszechświata. Bawmy się dobrze i odpowiedzialnie.


Mighty Mike: Rock and roll all nite and party every day! 


A jeśli dostalibyście propozycję zagrania na weselu u Waszego najwierniejszego słuchacza, jaki warunek konieczny musiałby spełnić, abyście wystąpili na scenie?


Skallor: Dobra atmosfera, a po owym koncercie zamawiam swój set-up standard - poproszę o double Jack’a Daniels’a z colą zero i jedną kostką lodu (śmiech - przyp. red.).


Mighty Mike: Musiałby poślubić właściwą kobietę.


Zdjęcia: Kacper Gała i Dorota Grzegorczyk.



Prześlij komentarz

0 Komentarze