Banisher - projekt muzyczny z gatunku death metalu, powstały w 2005 roku. Na swoim koncie ma już 5 studyjnych krążków, z których ostatni - album „Metamorphosis” ukazał się 30 stycznia 2026 roku. Pomysłodawcą formacji jest gitarzysta Hubert Więcek, który odważył się odpowiedzieć na 10 ognistych pytań i zdradzić kulisy powstawania płyty. Zachęcam do zapoznania się z treścią wywiadu oraz odsłuchu promującej album piosenki.
Wasze teksty są często refleksją nad upadkiem współczesnego świata i lękami, które nim rządzą. Czy pisanie o destrukcji oraz ludzkich demonach daje Wam poczucie kontroli, czy raczej potęguje frustrację tym, co widzicie za oknem?
Ani jedno, ani drugie. Na większość rzeczy jako jednostka i tak nie mamy większego wpływu. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy przestać się nad nimi zastanawiać. Warto czasem spojrzeć na to, co dzieje się na świecie, ale też na siebie i własne zachowania. Ostatecznie jedyne, co możemy realnie kontrolować, to to, jakimi ludźmi sami jesteśmy i czy każdego dnia próbujemy być choć trochę lepszą wersją siebie.
Mam wrażenie, że Wasza liryka mocno inspiruje się oniryzmem i snami. Czy zdarzyło się Wam kiedyś przenieść wizję z nocnego koszmaru bezpośrednio na strukturę utworu?
Jak najbardziej! Jednym z takich numerów jest „Daymare”. W teledysku pojawia się fragment z szarżującymi pająkami i skorupiakami — to jeden z moich osobistych koszmarów, który przemyciłem do utworu. Ten konkretny koszmar lubi się powtarzać, a tego typu doświadczeń jest oczywiście więcej, dlatego moje zafascynowanie snami i koszmarami mocno przekłada się na teksty.
Ogólnie jestem fanem „bizarre” rzeczy, „Twin Peaks” jest tutaj dobrym przykładem. W „Daymare” zastosowaliśmy też jeden z tricków Davida Lyncha — nagrywaliśmy zdania napisane od tyłu, a następnie puszczaliśmy je od tyłu, dzięki czemu brzmią bardzo dziwacznie i nienaturalnie. Na „Metamorphosis” takich smaczków jest zresztą dużo więcej — to tylko wierzchołek góry lodowej.
Gracie zaawansowany technicznie, gęsty death metal. Gdzie leży granica między komponowaniem utworu, który ma poruszać emocjonalnie, a matematyczną układanką dla muzycznych ortodoksów? Czy musicie czasem celowo „uprościć” genialny riff, żeby nie zabić w nim energii?
Z matematycznych układanek wyleczyłem się już na dobre 15 lat temu. Dla mnie najważniejsze w tym momencie jest to, żeby utwór był opowieścią. Wiesz, tak jak pani od polaka zawsze uczyła — wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Musi być forma, muszą być jakieś zapamiętywalne, powtarzalne rzeczy, ale sama akcja, czyli riffy, również musi być ciekawa, bo inaczej wyjdzie „Nad Niemnem” (śmiech - przyp. red.).
Kolejną rzeczą, na którą zwracam uwagę, jest motoryka utworu. Jeżeli każdy rozdział książki będzie o tym samym i nie będzie zwrotów akcji, to książka zrobi się nudna. Podobnie jest z numerami. 40 minut blastów i piłowania zrobi się nudne, a to, co miało robić potężny impact, przestaje działać, bo nie ma zmian dynamiki, rytmu, tempa czy tonacji.
Wasz najnowszy album nosi tytuł „Metamorphosis”. Jeśli mielibyście wskazać trzy zalety tego wydawnictwa, które wybierzecie i dlaczego?
Różnorodność utworów, dojrzałość muzyczna i spójność muzyki z tekstami i grafikami. Wszystko zostało na tym albumie przemyślane od początku do końca; nie ma przypadkowych rzeczy.
Klip do singla „Metamorphosis pt. 2” nakręcony został w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym. Jak więc jego mury wpłynęły na Waszą energię podczas ujęć? Czy to osobliwe miejsce pozwoliło Wam wyrazić emocje utworu?
Miejsce, w którym kręciliśmy klip do „Metamorphosis pt. 2”, miałem już na oku od dawna, a pierwszy pomysł zrobienia takiego klipu przyszedł mi do głowy, gdy byłem na Euro tripie i podczas tej wojaży zwiedziliśmy opuszczone sanatorium dziecięce w Krvavicy. To bardzo przerażające i dziwne miejsce w Chorwacji. Porozbijane szyby, połamane drzwi, krzesła, pozarastane chaszczami pomieszczenia, wszędzie dziwne graffiti.
Potem zrobiliśmy research i okazało się, że jest bardzo podobne miejsce pod Warszawą, o równie przerażającej historii — jest to opuszczony, popadający w ruinę kompleks budynków, owiany mroczną sławą i uważany przez miłośników zjawisk paranormalnych za jedno z najbardziej nawiedzonych miejsc w Polsce — dawny Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych.
To miejsce idealnie oddało klimat „Metamorphosis pt. 2” — utworu o przemianie człowieka w coś, co przestaje być ludzkie, o utracie kontroli nad własnym ciałem i świadomością oraz narodzinach czegoś, czego sam zaczynasz się bać.
Okładkę albumu stworzył Michał „Xaay” Loranc, znany choćby z Redemptora. Daliście mu wolną rękę, czy też tworzył według Waszej konkretnej instrukcji?
Zarówno okładka do „Metamorphosis”, jak i każda pojedyncza grafika do każdego numeru (tak, każdy numer ma swoją dedykowaną grafikę) były skrupulatnie przemyślane i konsultowane na bieżąco. Michał miał wgląd w demówki numerów i teksty, i wspólnymi siłami staraliśmy się stworzyć grafiki jak najbardziej oddające klimat numerów. Natomiast główna grafika „Metamorphosis” miała być grafiką spinającą całość albumu i myślę, że ten zabieg był trafiony — zarówno muzycznie, jak i wizualnie wszystko tworzy jedną, spójną całość.
Każdy z Was gra lub grywał w innych, uznanych markach na scenie. Jak więc zarządzacie procesem decyzyjnym w zespole, w którym każdy ma potężne doświadczenie oraz własną wizję? Kto w Banisher pełni rolę „dyktatora” artystycznego?
W Banisher, siłą rzeczy, funkcję dyrygenta i CEO muszę pełnić ja. Zajmuję się zarówno komponowaniem, jak i ogarnianiem wszystkiego naokoło zespołu. Co nie znaczy, że jestem tyranem i wprowadzam SS-mańskie zasady. Staram się, aby każdy w zespole czuł się dobrze i mógł spełniać swoją rolę zarówno muzycznie, jak i personalnie.
Z każdym z osobna staram się pracować nad partiami, poświęcam czas na naukę i przyswajanie materiału, zawsze pytam resztę, co sądzi o danym numerze, czy pomyśle i dopracowujemy wszystko na tip-top, tak, żeby każdy był zadowolony. Nie każę perkusiście grać identycznie każdego uderzenia, jak w jakiejś grze zręcznościowej — trzymamy się formy numeru i jeśli już, to naciskam, żeby „kluczowe momenty” były takie same. Podobnie z basem.
Najgorzej chyba ma wokal, choć tu dla mnie najważniejsze jest to, żeby frontman był dziki i szczuł tak, jakby chciał kogoś zabić. Niemniej jednak muzyka to wspaniała zabawa. Granie muzyki na żywo powinno sprawiać frajdę — muszą być emocje i musi kipieć energią ze sceny, a nie być tylko odklepaną grą zręcznościową, w której każdy stoi, czy siedzi spięty i boi się, żeby się przypadkiem nie pomylić, albo żeby nie omsknął mu się paluszek na gryfie.
W 2025 roku świętowaliście dwudziestolecie działalności podczas Triple XX Tour. Fakt ten skłania do refleksji. Jak podsumujecie zatem swoją twórczość, zaczynając od początków - czyli dema „Sorrow of Death” (2005)?
Od dzikich, całkiem utalentowanych, zakochanych w ekstremalnej i zaawansowanej technicznie muzyce łebków z liceum, do dojrzałych, wcale nie mniej dzikich, doświadczonych zawodników, którzy z niejednego wzmacniacza chleb już jedli i wiedzą, czego chcą w muzyce. Osobiście, z pierwszego okresu działalności zespołu z sentymentem i uśmieszkiem (wcale nie ironicznym) spoglądam tylko na nasze pierwsze demo „Sorrow of Death”. Tego klimatu już nigdy nie uda nam się uchwycić. Piękne czasy.
Natomiast nie cierpię naszego debiutanckiego albumu „Slaughterhouse”, który był absolutnym koszmarem. Powinniśmy napisać kolejną płytę o nagrywaniu tej płyty, bo to była absolutna kawalkada koszmarów i horrorów (śmiech - przyp. red.). Pięć lat, trzy podejścia do nagrań, wypadek z tirem po drodze do studia, wykolegowanie nas przez wytwórnię, okropne brzmienie ostatecznej wersji płyty. No, wszystko źle (śmiech - przyp. red.).
Od czasu „Scarcity” wszystko zaczęło wchodzić już na dobre tory. Myślę, że gdyby nie to, że zawsze przynajmniej połowa albo i więcej składu goniła za karierą w innych, większych (bądź mniejszych) zespołach, to udałoby nam się zdziałać dużo więcej w tym czasie. Aczkolwiek myślę też, że ta trasa na 20-lecie dała nam swoistego boosta do działania jeszcze intensywniej oraz do skoncentrowania się „na swoim” (mówię tu głównie o sobie).
Pozostańmy przy tej liczbie - jeśli po upływie kolejnej 20-tki ktoś przeczyta na Wasz temat, co powinien wiedzieć o Banisher w pierwszej kolejności?
„Uparte skurwesyny” (śmiech - przyp. red.). Jeśli – a ja odważnie zamierzam – uda nam się dociągnąć do tych kolejnych 20 lat, to myślę, że będzie to całkiem solidny wynik.
Na szczęście granica „deathmetalowej emerytury” mocno się przesunęła. Mamy obecnie erę, w której zespoły pokroju Cannibal Corpse mają 60-letnich muzyków. Czyli w zasadzie są dla obecnych 20-latków tym, czym Led Zeppelin byli dla mnie, kiedy miałem 20 lat (śmiech - przyp. red.). Przerażające z jednej strony, ale budujące z drugiej.
Trzy lata temu na jednej scenie stałem z Davidem Ellefsonem, który w dniu naszego koncertu z Dieth kończył 60 lat i był w totalnie świetnej formie. Ja również zamierzam. A co ludzie powinni wiedzieć o Banisher? Chciałbym wierzyć, że najlepsze dopiero przed nami, więc niech to pozostanie tajemnicą!
To na koniec: gdyby Ziemię miał zniszczyć za moment spadający meteor, który utwór z Waszej dyskografii winien wybrzmieć w takiej chwili?
Zdecydowanie dwutwór „Metamorphosis”. No chyba, że miałby „dupnąć” za cztery minuty i nie mielibyśmy na to prawie kwadransa – wtedy wrzuciłbym „Human Factor”. Choć z drugiej strony, żeby wprowadzić bardziej przerażający i apokaliptyczny klimat, wybrałbym jednak „Daymare” (śmiech - przyp. red.).
Kiedy ma się już wydanych pięć albumów i przynajmniej cztery z nich się lubi, to ciężko jest wybrać mniej niż godzinną setlistę, a co dopiero jeden numer. Myślę, że to dobrze też świadczy o zespole, no bo jaką frajdę miałbym z grania w bandzie, którego numerów nie lubię?
Zdjęcia: Alexandra (morker.art).


0 Komentarze