W ogniu 10 pytań: TRAUMA

 

TRAUMA - legendarna deathmetalowa formacja, założona w Elblągu w 1988 roku. W swoim dorobku ma występy u boku najważniejszych przedstawicieli gatunku, jak też m.in. 9 studyjnych krążków i 2 mini albumy. Pierwszy z nich - płyta „Hamartia” doczekał się wznowienia nakładem Selfmadegod Records w kwietniu 2026 roku. Poddany nowemu masteringowi materiał stał się tematem mojej rozmowy z Jarosławem „Mister” Misterkiewiczem - gitarzystą zespołu, który pewnym krokiem wszedł w ogień 10 zadanych przeze mnie pytań. Serdecznie polecam lekturę wywiadu.

Platon zwykł mawiać, że to początek jest najważniejszą częścią pracy. Jak więc przebiega Wasz proces twórczy? Jest to działalność kolektywna, czy też macie w zespole lidera, który wskazuje drogę?

Nie jest tajemnicą, że ja jestem osobą, która trzyma latarkę w mroku, prowadząc te TRAUMAtyczną drezynę i wybieram odpowiedni tor jazdy. Również ja od lat komponuję muzykę dla zespołu. Na pewnym etapie prac nad kompozycją spotykam się z naszym wokalistą Shadock'iem i z jego tekstem próbujemy ogarnąć partie wokalne. To znaczy, on ryczy, a ja czasem coś zasugeruje, etc. Na kolejnym etapie pracujemy w pełnym składzie, już na próbach, bo niezależnie od tego, kto komponuje muzykę, cały zespół musi zagrać te numery na żywo.

Wydaje mi się, że nie ma jednej słusznej metody na realizowanie własnych pomysłów. Myślę, że ponad wszystko najważniejsze jest to, co się czuje, kiedy sięgamy po instrument, bo to właśnie nasze emocje stanowią o wszystkim, co kochamy i cenimy w muzyce, jako twórcy i również jako odbiorcy. Szczerość i klimat budowany w muzyce, najczęściej doceniają słuchacze, niezależnie od preferencji stylistycznych i upodobań. Ja nigdy nie należałem do tych ludzi, którzy skrzętnie planują swoje działania, a potem konsekwentnie realizują te wytyczne w praktyce. Przypominam raczej głodnego drapieżnika, który podąża za tropem ofiary chcąc ją dopaść i skonsumować. Nie jestem w stanie w 100% przewidzieć, jaką drogą pójdzie moja kolacja, zanim ją upoluje i tak właśnie jest z moimi pomysłami na nowy gitarowy riff, czy numer. Jeden pomysł rodzi kolejny i tak z czasem przybiera to obraz kompletnego utworu, czy skończonej płyty. Każdy moment jest dla mnie istotny i niekoniecznie sam początek pracy. Bywa różnie, ale liczy się finał tych wszystkich zmagań z własnymi emocjami, umiejętnościami. Nie ma recepty, ani patentu, który sprawia, że wszystko zawsze brzmi idealnie... Czasami trzeba trochę podłubać w muzycznej materii, aby nabrała odpowiednią formę. Przyznam, że lubię całą tą dłubaninę, grzebanie w aranżacji i szukanie najlepszej opcji dla tego konkretnego numeru nad którym akurat pracuję. 

Wspomniany Platon twierdził ponadto, że rytm i muzyka docierają do tajemnych zakątków duszy. Jeśli uznamy to za pewnik, jak postrzegacie wpływ Waszej twórczości na jej odbiorców i słuchaczy?

Jeśli mam być z Tobą szczery to nie myślę w ogóle o tym, jak nasza muzyka oddziałuje na odbiorców. Egoistycznie skupiam swoją uwagę jedynie na tym, jak oddziałuje ona na mnie, kiedy muszę podejmować konkretne decyzje akceptując, bądź nie, wszystko to, co wysmaruje na mojej gitarze. Mogę mieć jedynie nadzieję, że emocjonalny przekaz i charakter muzyki TRAUMA znajdzie swoich zwolenników, że to co wykuwam w naszej kuźni stanie się bliskie przynajmniej jakiejś części słuchaczy. Chcę zabrać ich w podróż po moim emocjonalnym świecie, TRAUMAtycznym rodzaju wrażliwości, licząc, że wpłynie on na odbiorcę, poruszy go... Może zmieni lub wciągnie w wir naszego muzycznego świata. 

Zaczynaliście w maju 1988 roku jako Thanatos, zdobywając uznanie dzięki dwóm kasetom demo. Gdybyście mieli zabrać współczesnego fana death metalu w podróż wehikułem czasu, co najbardziej zaskoczyło by go na ówczesnej scenie metalowej w Polsce?

Myślę, że gdyby zanurzyć w ówczesnej rzeczywistości współczesnego fana, to dosłownie wszystko wprawiłoby go w osłupienie (śmiech - przyp. red.). To był inny świat, inne realia, inne warunki, a raczej ich permanentny niedobór... Długo by gadać.  Niebawem stuknie 40 lat od tego momentu. Nie da się ukryć, że to szmat czasu. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z tym zespołem miałem zaledwie 17 lat, a dziś mam 55 i od tamtej pory gram w nim nieprzerwanie do dziś. Sam czasami w to nie wierzę, jak szczeniackie hobby mogło ukształtować mój światopogląd i sprawić, że po czterech dekadach wciąż wszystko kręci się wokół death metalu i mojej ukochanej TRAUMY. To na pewno jakieś pieprzone deja vu (śmiech - przyp. red.). Zaczynaliśmy jeszcze za komuny, więc zmieniła się sytuacja gospodarczo - polityczna w kraju, cały ustrój, opadła „żelazna kurtyna” i powstała nowa rzeczywistość! Zmieniła się cała scena i warunki na niej. Jest internet, media społecznościowe, możliwości wydawnicze, promocyjne, itd. W latach osiemdziesiątych nie było nic, po prostu nic! Poza chęciami i pomysłami jak zrobić coś z niczego. Nie było dostępu do sprzętu, managementów, agencji koncertowych... Jedna wielka kombinatorka czekała każdego śmiałka chcącego grać metal na tym padole łez (śmiech - przyp. red.). Oczywiście, jakoś sobie radziliśmy w tej rzeczywistości, przetrwaliśmy te wszystkie zawirowania i wciąż trwamy z TRAUMĄ przy swoich priorytetach. Mimo wszystko mam jednak ogromny sentyment do tamtych czasów, bo wszystko było nowe, świeże, dzikie i nieokiełznane. Byliśmy młodzi i ciekawi świata, rozpierała nas niepohamowana energia, której ujście znajdowaliśmy w tym naszym muzykowaniu. Dziś mamy przesyt wszystkiego i to też nie jest wcale takie dobre, bo coraz trudniej zaskoczyć kogokolwiek. Niemal wszystko mamy pod nosem i w sumie żyjemy, jak pączki w maśle. Żaden, nawet maniakalny fan ekstremy nie jest w stanie przetrawić wszystkiego, co się dzieje obecnie na scenie i trochę nas to zmanierowało. Niestety, ale muzyka coraz częściej staje się tylko tłem do idiotycznych „heheszków” na Tik Toku i pod tym względem tęsknię za starymi czasami, kiedy liczyła się po prostu muza i wspólne muzykowanie, a nie kabaret w jaki zmienia się ten społecznościowy cyrk. 

Rok 1992 przyniósł zmianę nazwy zespołu na TRAUMA i nagranie „Invisible Reality” w Studiu Polskiego Radia w Olsztynie. Jak wspominacie ten debiutancki longplay Traumy? Czy spełnił on pokładane w nim nadzieje?

Faktycznie rok 1992 był dla naszego zespołu pod wieloma względami przełomowy. Po czterech latach funkcjonowania grupy postanowiliśmy zmienić nazwę na TRAUMA. Niestety w tamtym czasie istniał bardziej znany holenderski Thanatos, więc uznaliśmy, ze nie ma sensu upierać się przy tej nazwie i czas najwyższy ją zmienić. No cóż, jakby nie patrzeć wpadliśmy poniekąd z deszczu pod rynnę zmieniając szyld na TRAUMA, ale wówczas nie było internetu i nie mieliśmy pojęcia o istnieniu innych TRAUM (śmiech - przyp. red.). Tak, czy siak to był dla nas nowy etap, nowe rozdanie, które postanowiliśmy wykorzystać na naszą korzyść. Wiosną 1992 roku „zabarykadowaliśmy się” w olsztyńskim studio radiowym z Ryszardem Szmitem za heblami i zrealizowaliśmy nasz pierwszy materiał sygnowany logo TRAUMA, dziś już legendarny „Invisible Reality”. Nie był to pełnoczasowy album, ale oficjalna kaseta magnetofonowa, którą wydała Loud Out rec./ Morbid Noizz prod. w czerwcu 1993 roku. Materiał został przez wiele ówczesnych periodyków okrzyknięty deathmetalową sensacją roku i spotkał się z niezwykle przychylnym przyjęciem na scenie. Muszę przyznać, że spełnił on nasze oczekiwania, wierzyliśmy w niego od samego początku i recenzje jakie dostawał na scenie były niezwykle pozytywne.

Właśnie, TRAUMA to bez wątpienia legenda polskiego death metalu. Daleko mi do wypominania,
ale sporo tych wiosen za Wami. Nie popadacie przez to w rutynę, albo co gorsza niemożność twórczą?

Nie zawsze wszystko idzie, jak z płatka, bo wena czasem jest, a czasem jej zwyczajnie nie ma. Momentami przypomina to żeglowanie jachtem po nieprzewidywalnym akwenie i w zmieniających się warunkach atmosferycznych. Kiedy wieje wiatr przecinasz nim fale nabierając prędkości, ale kiedy wiatru nie ma, trudno o progres. Na szczęście jesteśmy wolni od presji ze strony wydawcy, czy kogokolwiek innego i wydajemy płyty wyłącznie wtedy, kiedy ta wena jest. Nie produkujemy gniotów tylko dla kolejnego numeru w katalogu. To zawsze jest szczera opowieść, którą piszę w swoim własnym tempie, w momentach kiedy moje emocje wirują na tyle wyraziście, aby stworzyć muzykę szczerą w 100%, z tym co tak naprawdę czuję. Właśnie dlatego wciąż mam chęć to nadal robić i właśnie dlatego wciąż mnie to jara oraz bawi. Oczywiście, jako kompozytor mam swoje maniery i przyzwyczajenia, gust i styl, ale staram się unikać rutynowego podejścia do tworzenia muzyki. To musi być naturalny proces, na początku, którego zawsze jest chaos.... Chaos jest początkiem wszystkiego, całego dobrostanu, który po długiej wędrówce zostaje skondensowany na płytach TRAUMY.


W kwietniu wydaliście reedycję minialbumu „Hamartia”, który ukazał pierwotnie w 2006 roku. Na oryginalnej wersji płyty, obok dwóch premierowych numerów, pojawiły się aż trzy covery. Czym kierowaliście się wówczas, dobierając tamte utwory? I jak po 20 latach oceniacie ich siłę w zderzeniu z autorskim materiałem?

„Hamartia” oryginalnie pojawiła się w 2006 roku dosyć spontanicznie. Byliśmy akurat w trakcie sesji nagraniowej albumu „Neurotic Mass” w białostockim Hertz Studio i pewnego dnia zadzwonił do mnie Mariusz Kmiołek z Empire rec. - nasz ówczesny wydawca - z newsem dotyczącym płyty „DetermiNation”, którą wydaliśmy przed rokiem również przez Empire rec. Otóż okazało się, że zaistniała sposobność, aby wspomniane „DetermiNation” wydała na rynek amerykański firma Unique Leader rec. i należało z tej sposobności skorzystać, ale w takiej sytuacji musieliśmy wstrzymać się z wydaniem albumu „Neurotic Mass”, który jak wspomniałem, był już w produkcji.  Padła propozycja żeby wykoncypować mini album bo zabukowany był już termin nowego wydawnictwa TRAUMY w tłoczni. Mieliśmy dwa luźne numery i aby uniknąć tworzenia autorskiej muzyki na chybcika, postanowiliśmy zrobić te trzy wspomniane covery. Zawsze lubiłem te utwory, więc w naturalny sposób padło na nie. Bardzo podobają mi się nasze wykonania, szczególnie utwór Cannibal Corpse, a po 20 latach chyba nawet jeszcze bardziej chłoszczą mój ośrodek słuchu (śmiech – przyp. red.).

Tytułowa „Hamartia” to w teologii chybienie celu, ułomność lub grzech. Gdybyście mieli stworzyć muzyczną definicję tego pojęcia dzisiaj, w 2026 roku, co w według Was stanowi największy grzech obecnego death metalu?

Nie mam zielonego pojęcia, co może być grzechem dzisiejszego death metalu i czy w ogóle w takich kategoriach można rozważać kierunek jego rozwoju. Ja w każdym razie tego tak nie postrzegam. Wielu starych pryków, jak ja, pewnie powiedziałoby, że kierunek w jakim się rozwija obecnie, jego liczne modyfikacje i czasem zupełnie inne spojrzenie na ten gatunek współczesnych jego twórców, to wręcz herezja w kontekście tego, czym death metal był na początku. Inaczej niż dziś tworzyli go pionierzy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale od tamtej pory minęło kilkadziesiąt lat. Mam dość otwarty umysł i jakoś w miarę spokojnie trawie wszystkie współczesne udziwnienia, eksperymenty w death metalu, choć nie wszystkie. Nie muszę wszystkiego rozumieć, akceptować, ale przyznam, że sporo ciekawych nurtów wyrosło z korzeni tradycyjnego death metalu. Muzyka musi płynąć własnym nurtem, rozwijać się, bo inaczej uschnie jak niepodlewany kwiat. Ze sztuką jest jak z językiem, którym się posługujemy na co dzień. To żywy twór, zmienia się, czy tego chcemy, czy nie, łapie naleciałości z innych języków, czy mowy potocznej i nie da się tym sterować. Na scenę wchodzą nowe pokolenia twórców z inną perspektywą, doświadczeniami, spojrzeniem na świat, więc inaczej tworzą. Z drugiej strony świat zatacza koło. Zawsze tak było i będzie, i paradoksalnie część młodych muzykantów szuka inspiracji w starej szkole death metalu. Widać jak jest to ostatnio popularne. Najważniejsze, aby w nasze uszy wpadała muza wartościowa. Dobra i szczera oraz jak najdłużej generowana przez człowieka.

Patrząc ponownie wstecz, graliście na Metalmanii w Spodku (2004) u boku Soulfly i Morbid Angel. Dzieliliście też scenę z Obituary oraz Vaderem. Które z tych spotkań z absolutnymi legendami gatunku dało Wam największego „kopniaka”? Pozostawiło najtrwalszy ślad w Waszym muzycznej świadomości?

Na pewno zawsze jest miło, jako widz i fan podziwiać na scenie swoich mistrzów, ale spotkanie jakiejś kapeli na jednym wspólnym festiwalu - oczywiście może być inspirujące - jednak najwięcej lekcji wynieśliśmy ze wspólnych tras z kilkoma zespołami doświadczonymi i cenionymi na scenie. Jeździliśmy w trasy z Vader, Vital Remains, Vomitory, Monstrosity, Master, Krabathor, Nile i wieloma innymi, również z naszego podwórka. Obserwując dobry band dzień po dniu, znacznie więcej jesteś w stanie dostrzec, podejrzeć i nauczyć się, niż widząc kogoś raz na scenie. Przy jednorazowym spotkaniu górę biorą emocje, i to oczywiste. Kiedy masz jednak możność oglądać show jakiejś kapeli kilka, bądź kilkanaście dni z rzędu, to bardziej na zimno oceniasz te „wykony” i wówczas działają one edukacyjnie. Zawsze więc fajnie jest oglądać dobry band w akcji i nie koniecznie musi to być ktoś znany, bo zdarza się czasem, że debiutanci potrafią wyrwać mnie z butów bardziej, niż gwiazda sceny. I szczerze mówiąc uwielbiam takie niespodzianki.

Nieco przewrotnie - gdyby za sto lat powstało muzeum dokumentujące złote czasy polskiego death metalu, a Wam pozwolono przekazać jeden eksponat z Waszej historii, co by to było?

Za 100 lat będę już wspomnieniem i niewiele osób zapewne będzie kojarzyło TRAUMĘ (śmiech – przyp. red.).  Nie wiem, co mogłoby się znaleźć w takim muzeum… Może moja gitara, na której gram ponad 20 lat i która bardzo mocno utożsamiana jest z moim wizerunkiem? Albo jakiś przedmiot z naszego merchu, lub cokolwiek innego… O! może wiadro wiórów z dywanu pod perkusją Małego (śmiech – przyp. red.). Coś by się na pewno znalazło.

A gdyby przyszło Wam ugotować ekstremalną potrawę inspirowaną Waszą bogatą karierą, jakie składniki powinny się w niej znaleźć, by oddać w pełni smak death metalu TRAUMY?

Siarka, smoła i szorty szatana po tygodniowej tułaczce w piekielnych odmętach (śmiech – przyp. red.).

Zdjęcia: materiały prasowe.



Prześlij komentarz

0 Komentarze