Godslut - muzyczne trio grające techniczny i brutalny death metal. Zespół ten powstał w 2021 roku z inicjatywy gitarzysty oraz wokalisty formacji Krzysztofa Śniadeckiego. I to właśnie z nim oraz basistą Danielem Kozyrą porozmawiałem na temat najnowszej płyty zespołu „The Art Of Deconstruction", której premiera zaplanowana jest na 4 września 2026 roku. Kolejny wywiad z cyklu 10 ognistych pytań, który serdecznie polecam.
Nazwa Waszego zespołu wzbudza kontrowersje. Czy spotkały Was nieprzyjemności z racji jej wydźwięku? Albo absurdalne wydarzenia, lub też wypowiedzi ludzi spoza branży?
Daniel Kozyra: Generalnie na co dzień mamy spokój w tym temacie. Pamiętam tylko sytuację kiedy przy okazji naszego koncertu w Mławskim Domu Kultury, podczas wspólnej trasy z zespołem Faust, lokalny proboszcz i jakieś tam inne „dziady” z kółek różańcowych usilnie próbowali zablokować ten koncert. Na szczęście Pani dyrektor z MDK pozostała nieugięta w tym temacie i wszystko odbyło się zgodnie z planem! Podobno miały być jakieś drobne manifestacje w dzień koncertu, ale finalnie coś im nie wyszło… Pozdrawiamy Mławę!
Jak więc opisalibyście brzmienie oraz filozofię Godslut komuś, kto nie słyszał Waszych nagrań? Jakiej metafory na tę okoliczność moglibyście użyć?
Krzysiek Śniadecki: Szczerze, to sam nie wiem (śmiech - przyp. red.). Teksty typu: „świeże i mocne granie, którego nie możesz przegapić” sobie darujemy, bo w gruncie rzeczy wszyscy się tak określają. Mógłbym nas opisać, jako zespół naokoło deathmetalowy, który albo ci siądzie - albo nie. Bez większej filozofii.
Polski metal stoi potęgami, które lubią prowokować tematyką antyreligijną. Jak odnajdujecie zatem własną, unikalną ścieżkę, aby nie poszerzać śladów wydeptanych przez starszych kolegów?
Daniel: Cały czas szukamy. W tym co robimy, przede wszystkim staramy się być po prostu sobą. Osobiście uważam, że w tej branży już tak dużo „odwrócono krzyży”, że tak naprawdę na nikim nie robi to wrażenia. Co prawda zespół o nazwie „Godslut” - pierwsze co przywodzi na myśl - to zwłoki na scenie, te odwrócone krzyże, krew, ogień i inne czarne msze, ale czas pokazał, że u nas niekoniecznie idzie tego uświadczyć. Myślę że na dłuższą metę mamy do przekazania naszym słuchaczom coś więcej, bardziej wartościowego, niż „zło” pchane na siłę. Poza tym zagraniczne gwiazdy muzyki pop są w tym o wiele lepsze, niż nie jeden „trve metal”.
Wasz najnowszy album - „The Art Of Deconstruction" już we wrześniu trafi na półki sklepowe. Co dokładnie kryje się pod tytułowym pojęciem w kontekście lirycznym i muzycznym?
Krzysiek: „TAOD” („The Art Of Deconstruction” - przyp. red.) zagłębia się bardziej w ludzką mentalność. Teksty opowiadają o balansowaniu na krawędzi i popadaniu w obłęd w przeróżnych okolicznościach, a także o sytuacjach, które do tego stanu prowadzą – w zależności od konkretnego utworu.
Zapowiadacie, że nowy materiał to wciąż bezkompromisowy, techniczny thrash i death metal. Czy na nowej płycie pozwoliliście sobie jednak na eksperymenty, po które wcześniej nie zamierzaliście sięgnąć?
Krzysiek: Tak i tak. Na „TAOD” zarejestrowaliśmy kawał naszego rozwoju, zarówno wykonawczego, jak i mojego w kwestii kompozycji. Mimo tego, że to dalej “minimalistyczna” płyta, jeśli chodzi o samą produkcję, to jej muzykalna rozpiętość sięga dużo dalej, niż debiut.
Daniel: ZDECYDOWANIE TAK!
Idę o zakład, że po przesłuchaniu płyty w CAŁOŚCI, nie jedna osoba najchętniej utnie nam ręce, abyśmy przypadkiem już więcej eksperymentów nie robili… Ale to dobrze, zrobimy ich jeszcze więcej!
Singlem promującym wydawnictwo jest utwór „Stifled”, który zbiera świetne recenzje. Czy kawałek ten oddaje w pełni klimat całej płyty, czy być może na tym krążku usłyszymy też nagrania o zupełnie innej dynamice?
Krzysiek: Trochę na to pytanie odpowiedzieliśmy już przy okazji poprzedniego. Całego klimatu może nie oddaje, za to bardzo dobrze go naświetla. Słyszeliśmy opinie, że jest on bardzo w stylu nowych Decapów (zespół Decapitated - przyp. red.), co jest trafną wizją, bo był nimi inspirowany, aczkolwiek reszta krążka przemierza dużo innych “światów” i jestem pewny, że doczeka się wielu kolejnych porównań.
Zasłuchany w Wasze brzmienie myślę też o technikaliach. Dynamiczne zmiany tempa charakteryzują bowiem twórczość Godslut. Co więc łatwiej Wam przychodzi - granie na powolne „gruzy”, lub przeciwnie, superszybkie i techniczne „blasty”?
Krzysiek: No nie powiedziałbym, bo dynamiczną zmianę tempa mamy raptem jedną. A łatwiej nie przychodzi nic - wszystko ma swoje miejsce w utworze, co jak co…
Daniel: Jedno absolutnie idzie w parze z drugim. Nic tak fajnie nie „kopie” jak po superszybkim „blaście” wjeżdża gruzowisko do „headbanging’u”, i na odwrót! To kwestia sensownego komponowania numeru. Na nasze utwory staramy się patrzeć jako na jeden organizm, w którym wszystkie części są ze sobą spójne i do siebie pasują. Reszta przychodzi sama!
Praca w formie trio wymaga zgodności. Kto w zespole pełni rolę kierownika, a kto mówi w nim rozsądnym głosem, kiedy Wasze aranżacje płyną na mieliznę?
Daniel: W Godslut wygląda to tak, że zdecydowanie lwią część materiału robi Krzysiek. W momencie kiedy zrobi już jakiś sensowny zalążek numeru, wysyła to nam, po czym wspólnie dyskutujemy nad tym co już jest. Powiem więcej! Zdarza się nawet, że czasami kogoś posłucha…
Krzysiek: Ja robię wszystko, a oni narzekają (śmiech - przyp. red.).
Teraz wyobraźcie sobie totalny reset sprzętowy: musicie zagrać kolejny koncert przy użyciu najtańszych, plastikowych instrumentów dla dzieci. Który utwór z Waszej dyskografii brzmiałby wówczas najbardziej przerażająco?
Krzysiek: „War, Pestilence, Death, Hunger” - nie dotrwałyyby do połowy (śmiech - przyp. red.).
A co według Was byłoby gorszym doświadczeniem dla muzyka Godslut: zagranie koncertu z idealnym nagłośnieniem, ale dla całkowicie drętwej publiczności, czy totalny chaos techniczny na scenie, przy którym ludzie dosłownie roznoszą klub?
Krzysiek: Techniczny chaos mamy zawsze, do tego praktycznie za każdym razem też go gramy, więc chyba opcja numer 2. Koncerty dla „drewna” oczywiście także nieraz się grało, co nie zmienia faktu, że na nich również trzeba dawać z siebie absolutnie pełną moc!
Daniel: Dla mnie to w sumie bez różnicy. Ja wychodząc na scenę wpadam w „trans”, w którym totalnie odcinam się od reszty świata, przez co zawsze staram się dać z siebie 200%, niezależnie od sytuacji i nagłośnienia. I to bez względu, czy gram dla pięciu, czy pięciuset osób. Oczywiście wiadomo, że najfajniej gra się dla publiczności, która dosłownie roznosi klub, ale nawet pośród tej „drętwej” zawsze znajdzie się ktoś, kto podejdzie, zbije piątke i pogratuluje występu. Właśnie dla takich ludzi to robimy!
Zdjęcia: materiały prasowe.


0 Komentarze