The Bill - polski zespół punk rockowy, założony w 1986 roku. Grupa zdobyła ogólnokrajową sławę dzięki II Nagrodzie Publiczności na Festiwalu w Jarocinie w 1992 roku oraz debiutanckiej płycie „The Biut”(1993). 22 sierpnia br. zespół wystąpi na Stadionie Miejskim w rodzimych Pionkach, w ramach jubileuszu 40-lecia swego istnienia. Zarówno o tym wydarzeniu, jak i samej historii The Bill opowiedział mi Dariusz „Kefir” Śmietanka - założyciel i frontman zespołu. Serdecznie polecam kolejny wywiad z cyklu 10 ognistych pytań.
Kiedy zakładaliście The Bill w 1986 roku punk rock w Polsce był głosem przeciwko minionemu systemowi. Jak więc - z Waszej perspektywy - zmienił się ten „wróg”, po 40 latach działalności scenicznej?
Po czterdziestu latach ten „wróg” nie zniknął, tylko zmienił postać. Dzisiaj nie jest już nim jeden konkretny system, czy jedna instytucja. To raczej konformizm, manipulacja, dezinformacja, konsumpcjonizm, pogoń za popularnością, lub obojętność na to, co dzieje się wokół nas. Dochodzi do tego ogólnie pojęty brak tolerancji, hejt, brak szacunku dla drugiego człowieka. Nadal jest wiele rzeczy, które warto podważać i o które warto się upominać. Tym bardziej, że z przykrością zauważamy, że często dotyczy to środowiska, z którego się wywodzimy. Często słyszymy, że dzisiaj punk to jakaś lipa, że młodzi ludzie nie mają prawa do buntu, że to na pokaz, że kiedyś to było pogo i tylko oni „stare punki” mają prawo do bycia punkami. Smutny schemat, z którym kiedyś sami walczyli. I chyba właśnie dlatego punk, wciąż ma sens. Jego siłą nigdy nie było przecież tylko to, przeciwko komu się buntuje, ale przede wszystkim niezależność myślenia i brak zgody na niesprawiedliwość i obłudę.
Pytam, bowiem w jednym z wywiadów wspominaliście, że punk to dla Was przede wszystkim bunt przeciwko szczuciu ludzi na siebie i nietolerancji. Czy łatwiej jest być buntownikiem dzisiaj, czy za czasów schyłkowej komuny?
Myślę, że nie da się powiedzieć jednoznacznie, że dziś jest łatwiej albo trudniej. Za komuny bunt miał bardzo konkretnego przeciwnika i często wiązał się z realnym ryzykiem. Cenzura, zakazy, czy konsekwencje za mówienie rzeczy niewygodnych sprawiały, że samo wyjście na scenę i powiedzenie tego, co się naprawdę myśli, miało większy ciężar.
Dzisiaj możemy mówić znacznie więcej i mamy nieporównywalnie większe możliwości dotarcia do ludzi. Paradoksalnie jednak trudniej jest przebić się z ważnym przekazem. Żyjemy w świecie ogromnej ilości informacji, emocji i podziałów. Ludzie są bardzo skutecznie szczuci na siebie, a internet i media społecznościowe potrafią ten mechanizm jeszcze wzmacniać. Dlatego bunt nadal jest potrzebny, tylko trochę inaczej rozumiemy jego rolę. Dla nas punk nie polega na tym, żeby być przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Chodzi raczej o to, żeby nie dać sobie wmówić, że drugi człowiek jest naszym wrogiem tylko dlatego, że myśli inaczej, wygląda inaczej, czy żyje inaczej. Jeśli punk ma dziś coś ważnego do powiedzenia, to właśnie: myśl sam, nie daj się podzielić i nie pozwól, żeby ktoś budował swoją siłę na nienawiści do drugiego człowieka. I pod tym względem chyba wciąż jesteśmy takimi samymi buntownikami, jak czterdzieści lat temu.
Wasz legendarny debiut „The Biut” z 1993 roku sprzedał się w ogromnym nakładzie i stał niewątpliwym klasykiem. Gdybyście mieli nagrać tę płytę obecnie, od zera, które utwory zyskałyby zupełnie nowe znaczenie?
Utwory na płytę powstawały na przestrzeni kilku lat, ostatecznie nagraliśmy je w 1992 roku. I choć minęło tak dużo czasu, wydają się nam (i nie tylko nam), niestety bardzo aktualne. „Nie będę posłem, nie będę osłem… Kukiełką pociąganą za sznurki z każdej strony” - to jeden z wielu przykładów tego, że są one wciąż prawdziwe. Przez te ponad trzydzieści lat zmienił się świat, ale wiele problemów, o których wtedy śpiewaliśmy, niestety nie zniknęło. Nowe znaczenie zyskałyby chyba te utwory, które mówią o nietolerancji („Wolność”), manipulowaniu ludźmi („Szara szarość”), czy poczuciu zagubienia („Przetrwanie”). W 1993 roku odnosiliśmy je do rzeczywistości, którą znaliśmy wtedy. Dzisiaj te same słowa można odczytać przez pryzmat internetu, mediów społecznościowych, wszechobecnej informacji i coraz większej polaryzacji. Mechanizmy są często te same, tylko narzędzia stały się dużo bardziej skuteczne. Ale… Jest też na tej płycie „Kibel”. On zawsze pozostanie jednowymiarowy.
Co ciekawe, pewnie inaczej zabrzmiałyby też utwory, które kiedyś wydawały nam się po prostu punkowym buntem młodych ludzi. Po czterdziestu latach grania wiemy, że bunt nie jest zarezerwowany dla młodości. Zmieniają się tylko powody, dla których człowiek mówi: „nie zgadzam się”.
W Waszych tekstach od zawsze obecna była ironia i społeczny sarkazm. Które zjawisko we współczesnej Polsce prosi się najmocniej o napisanie utworu
o nim?
Zjawisko podziału ludzi na „naszych” i „ich”. To jest wręcz niewyczerpane źródło tematów dla zespołu punkowego. Dzisiaj można mieć inne zdanie od sąsiada, kolegi, czy nawet członka rodziny i od razu dostać etykietę wroga. A przecież jeszcze niedawno spieraliśmy się o muzykę, sport, filmy i książki. Nikt nie traktował tego jak wojny. Są ludzie którzy zanim dobrze się obudzą, otwierają telefon i za chwilę nienawidzą połowy społeczeństwa. To dobry temat na płytę.
22 sierpnia br. wystąpicie w rodzimych Pionkach w ramach jubileuszowego koncertu z okazji 40-lecia Waszego istnienia. Czy zagranie tak gigantycznego jubileuszu przed własną, lokalną publicznością wywołuje większy stres i nostalgię, niż występy na uznanych festiwalach?
Zdecydowanie tak. Paradoksalnie łatwiej chyba zagrać na dużym festiwalu przed kilkoma, czy kilkunastoma tysiącami ludzi niż przed własną publicznością w Pionkach. Mamy świadomość, że wśród tych ludzi są osoby, które pamiętają nas od początku, nasze pierwsze próby, pierwsze koncerty i czasy, kiedy nikt nie wiedział, dokąd to wszystko nas zaprowadzi. Pionki to dla nas nie jest tylko miejsce koncertu. To część historii The Bill. Tutaj wszystko się zaczęło i dlatego jubileusz właśnie w tym miejscu ma dla nas ogromne znaczenie. Jest w tym oczywiście dużo nostalgii, bo czterdzieści lat to kawał życia. Obecność na koncercie zapowiedziało wiele osób, tych z którymi spotykamy się często, ale też będą Ci, których nie widzieliśmy latami. Zagrają na scenie byli członkowie The Bill: Skóra, Soko, Mielony. Wszystko to daję kopa, ale też trochę… Tremuje.
Do wspólnego świętowania zaprosiliście także zespoły De Łindows, KDRB oraz Calidum. Jaki był więc klucz doboru gości na wspominane urodziny? Decyduje przyjaźń z trasy, czy też inne względy?
De Łindows i KDRB to zespoły, z którymi zagraliśmy wiele koncertów. Znamy się i bardzo lubimy. Stylistycznie, idealnie pasują do nas. Calidum jest zespołem, który dopiero zaczyna swoją muzyczną drogę. Grają wesołą muzę w stylu Lucky Chops. Na początek koncertu idealni. Dodamy, że bębniarz tej kapeli jest uczniem „Kefira” i nie chodzi tu o naukę muzyki (śmiech - przyp. red.).
Skoro o koncertach mowa, jakie jest najbardziej absurdalne wydarzenie, które spotkało Was na backstage'u i o którym nie opowiadaliście dotychczas?
Może zerwanie mięśnia czworogłowego uda przez naszego basistę podczas noszenia sprzętu. A potem koncerty na krzesełku z nogą wycelowaną w sufit.
A czy macie jakieś niespełnione muzyczne marzenie, którego spełnienia życzyć sobie będziecie podczas 40-tych urodzin?
Po czterdziestu latach chyba nauczyliśmy się, że największym marzeniem jest po prostu móc dalej grać. Jeśli jednak mielibyśmy czegoś sobie życzyć, to żeby The Bill jeszcze długo był zespołem, który ma coś do powiedzenia i który potrafi spotkać się z publicznością nie tylko przez sentyment do dawnych lat. A jeśli mamy sobie czegoś życzyć na czterdzieste urodziny, to przede wszystkim zdrowia, energii i ludzi wokół nas. Bo przez te wszystkie lata przekonaliśmy się, że zespół to nie tylko muzyka. To przede wszystkim ludzie – ci, z którymi gramy, i ci, którzy przychodzą nas słuchać. Jeśli oni będą z nami, to możemy jeszcze trochę narozrabiać.
Przeszliście przez dekady zmian ustrojowych, technologicznych i kulturowych. Gdybyście zamienili się miejscami z dowolnym zespołem z innego bieguna gatunkowego, czyj świat muzyczny chcielibyście ujrzeć?
To byłoby ciekawe doświadczenie – po czterdziestu latach grania punk rocka nagle zamienić się miejscami z zespołem z zupełnie innego świata. Chyba wybralibyśmy jakiś zespół jazzowy (śmiech - przyp. red.). Tam wszystko działa na zupełnie innych zasadach – improwizacja, przestrzeń, słuchanie siebie nawzajem, zupełnie inne podejście do kompozycji. Z drugiej strony chyba nie potrafilibyśmy całkowicie zamienić się miejscami. Punk jest w nas zbyt mocno zakorzeniony. Możemy słuchać różnych rzeczy, inspirować się innymi gatunkami, ale ostatecznie i tak pewnie wyszłyby z tego trzy akordy, hałas i tekst o tym, że coś jest nie tak.
Podsumujmy zatem tak: jeśli Wasza dotychczasowa kariera muzyczna byłaby tylko jednym, konkretnym momentem lub sekundą, która chwila z historii The Bill stanęłaby przed Waszymi oczami jako pierwsza?
Scena, na niej my, a przed nami wspaniali ludzie. Zawsze, bez względu na to ilu ich jest.
Zdjęcia: Ola Nawrotek.


0 Komentarze