Neolith - polski zespół wykonujący muzykę z pogranicza death, doom i black metalu, założony w 1991 roku w Lesku. Grupa uznawana jest za jedną z legend podkarpackiej i krajowej sceny metalowego podziemia. Najnowsze dzieło Neolith - album „Inbir” ukaże się już niebawem, bowiem 12 września 2026 roku. O premierze tego krążka oraz kulisach jego powstawania opowiedział mi wokalista zespołu Grzegorz „Levi” Łukowski, a wszystko to w ramach 10 ognistych pytań. Gorąco polecam niniejszy wywiad.
Świętujecie w tym roku 35-lecie działalności. Gdybyście mogli cofnąć się do października 1991 roku, jak opisalibyście początki Waszej twórczości?
Początki były przede wszystkim bardzo spontaniczne. Byliśmy młodymi chłopakami, którzy po prostu chcieli grać ekstremalną muzykę i mieli w sobie ogromny głód poznawania tego świata oraz mnóstwo dobrej zabawy. Nie mieliśmy żadnego planu na kolejne trzydzieści pięć lat, nie myśleliśmy o karierze, rozbudowanej dyskografii, czy tym, gdzie będziemy za dekadę. Liczyło się tylko tu i teraz. Była fascynacja muzyką, potrzeba wyrażenia siebie i przekonanie, że chcemy robić coś po swojemu. To były zupełnie inne czasy. Polska dopiero otrząsała się z komunizmu, dostęp do sprzętu, informacji czy zagranicznych wydawnictw był nieporównywalnie trudniejszy niż dzisiaj. Paradoksalnie chyba właśnie dlatego wszystko miało wtedy większą siłę. Każda kaseta, każda płyta, każdy kontakt z kimś z kimś kto myśli podobnie jak my był wydarzeniem. Z perspektywy czasu najważniejsze jest dla mnie to, że przez te 35 lat zmieniło się praktycznie wszystko poza jednym - nadal chcemy robić muzykę, którą sami chcielibyśmy usłyszeć. I chyba właśnie na tym polega cała historia Neolith.
Wasza dyskografia ma ciekawą cechę – tytuły wszystkich albumów studyjnych zaczynają się na literę „I”. Czy to świadomy, mistyczny zabieg, czy też czysty przypadek, który stał się tradycją?
Zaczęło się absolutnie niewinnie i zdecydowanie nie było w tym żadnego wielkiego mistycznego planu. Pierwsze „Igne Natura Renovabitur Integra” ustawiło pewien schemat, później pojawiło się „Immortal” i nagle okazało się, że mamy kolejną płytę zaczynającą się na „I”. Przy „Inbir” mogliśmy oczywiście zerwać z tą tradycją, ale chyba szkoda byłoby ją porzucać. Zresztą po tylu latach takie przypadki zaczynają żyć własnym życiem. Nie wiem, czy jest w tym jakaś magia, ale z pewnością jest pewna ciągłość. „I” stało się trochę naszym małym znakiem rozpoznawczym. Może więc rzeczywiście gdzieś tam nad nami działa jakiś sumeryjski skryba, który pilnuje, żebyśmy nie zepsuli tej tradycji. A mówiąc całkiem serio - nie przywiązujemy do tego jakiejś szczególnej ideologii. Jeśli jednak przypadek po trzydziestu pięciu latach zaczyna wyglądać jak przeznaczenie, to chyba możemy mu pozwolić działać.
Właśnie - na potwierdzenie wcześniejszej tezy, tytuł Waszej nowej płyty brzmi po prostu „Inbir”. W języku starosumeryjskim oznacza on „wojnę”. Czy pomylę się, gdy stwierdzę, że ów nazwa odnosi się do konfliktów geopolitycznych? A może jest to metafora wewnętrznej walki człowieka?
Zdecydowanie bliżej nam do tego drugiego znaczenia, choć oczywiście trudno dziś całkowicie odciąć się od tego, co dzieje się na świecie. „Inbir” nie jest jednak komentarzem do konkretnej wojny, państwa czy konfliktu geopolitycznego. Wojna interesuje nas w znacznie szerszym, bardziej uniwersalnym znaczeniu. Człowiek walczy właściwie od zawsze. O przetrwanie, władzę, wpływy, idee, religię, uznanie, a czasem po prostu o możliwość narzucenia innym własnej racji. Możemy mieć niesamowite technologie, sztuczną inteligencję i wysyłać sondy w kosmos, ale pod względem ludzkiej natury wciąż jesteśmy zaskakująco blisko naszych przodków sprzed tysięcy lat. Dlatego Sumer jest dla nas tak dobrym punktem odniesienia. Patrząc na tamten świat, widzimy siebie. Zmienia się scenografia, język i narzędzia, ale mechanizmy pozostają niemal takie same. „Inbir” jest więc przede wszystkim płytą o człowieku i jego niekończącej się wojnie - również tej, którą prowadzi sam ze sobą. To też trochę nasza wojna, którą prowadzimy i toczymy z przeciwnościami losu i temu, że historia zespołu jest lekko pod górkę. I powoli, z czasem udaje nam się wygrywać coraz więcej bitew.
Singiel promujący płytę był nie lada zaskoczeniem dla fanów Waszej twórczości. „Modlitwa na Marny Czas” - bo o nim mowa - posiada tekst w języku polskim. Skąd ta decyzja o powrocie do ojczystego języka i czy na „Inbir” usłyszymy więcej utworów po polsku?
To nie był powrót, bo właściwie nigdy wcześniej tego nie zrobiliśmy. „Modlitwa na Marny Czas” jest pierwszym utworem w historii Neolith w całości napisanym i zaśpiewanym po polsku. Od dawna chodziło mi po głowie, żeby spróbować zmierzyć się z naszym językiem, ale musiał pojawić się właściwy tekst. Kiedy Jacko S. pokazał mi „Modlitwę”, pomyślałem: teraz jest idealny moment. Co ciekawe, pozornie ten utwór trochę odstaje od sumeryjskiej warstwy „Inbir”, ale tylko pozornie. Adam mógłby równie dobrze być Enlilem. To nadal opowieść o człowieku, jego pysze, wierze, winie, hipokryzji i próbie znalezienia sensu. Tym razem postanowiliśmy jednak puścić oko do naszych rodzimych maniaków i odwołać się do czegoś znacznie bliższego ich kulturowym korzeniom. Przy okazji pozwoliliśmy sobie na trochę bluźnierstwa, z czego jestem bardzo zadowolony. Czy będą kolejne polskie utwory? Nie wykluczam tego, ale na pewno nie będziemy robić tego na siłę. Jeśli pojawi się tekst, który powie nam „to jest ten moment”, zrobimy to ponownie.
Motywy Mezopotamii i Sumeru towarzyszą Wam od lat. Co takiego fascynującego jest w tamtej mitologii? Czym różni się ona od nordyckiej, lub słowiańskiej, tak popularnych w muzyce metalowej?
W przypadku Neolith wszystko zaczęło się właściwie od przypadku. Spodobały nam się pewne elementy tego świata i postanowiliśmy zaimplementować je na nasz grunt. Z czasem zaczęliśmy coraz głębiej wchodzić w temat i odkryliśmy, że Sumer czy szerzej Mezopotamia dają nam ogromne możliwości. Nie uważam przy tym, że mitologia sumeryjska jest „lepsza” od nordyckiej czy słowiańskiej. Po prostu znaleźliśmy w niej coś, co idealnie pasuje do naszego sposobu myślenia. To jedna z najstarszych zapisanych kultur, a jednocześnie jej opowieści dotyczą rzeczy, które są nam doskonale znane: władzy, wojny, wiary, śmierci, ambicji, zdrady, czy ludzkiej słabości. Z czasem ten starożytny świat stał się po prostu częścią DNA Neolith. Jest czymś, co pozwala nam wyróżnić się wśród setek zespołów death, czy blackmetalowych. Ogromna w tym zasługa Jacko S., z którym od ponad dwudziestu lat współtworzymy teksty Neolith. I chyba najważniejsze jest to, że nie traktujemy Sumeru, jako dekoracji. To dla nas punkt wyjścia do mówienia o rzeczach bardzo współczesnych i bardzo ludzkich.
Ciekawi mnie bardzo, jak porównalibyście proces komponowania „Inbir” do pracy nad poprzednim krążkiem - „I Am the Way” z 2019 roku? Czy pandemia oraz ciągle zmiany na świecie wpłynęły na brutalność nowego materiału?
Myślę, że pandemia wpłynęła na nas bardziej jako na ludzi niż bezpośrednio na muzykę. Po „I Am the Way” mieliśmy plany koncertowe i kolejne pomysły, a nagle wszystko zostało zatrzymane. Później doszły zmiany w składzie i okres pewnego zawieszenia. Conrad w tym czasie stworzył mnóstwo świetnych riffów, ale potrzebowaliśmy odpowiedniego składu, żeby nadać im życie. Kiedy pojawili się Zi’aR i Semuss, wszystko zaczęło się zmieniać. Zagraliśmy kilka koncertów, poczuliśmy tę energię i nagle okazało się, że mamy ogromny głód grania. „Inbir” jest więc w pewnym sensie efektem odzyskania tej energii. Nie siadaliśmy jednak z założeniem, że skoro świat jest brutalny, to musimy nagrać brutalną płytę. Ta intensywność wyszła naturalnie. Jesteśmy dziś innymi muzykami niż w 2019 roku. Mamy więcej doświadczenia, większe umiejętności, ale też mniej potrzeby udowadniania czegokolwiek. Możemy po prostu robić dokładnie to, co chcemy. I chyba właśnie dlatego „Inbir” jest tak gęsty i bezkompromisowy. Natomiast jeżeli chodzi o kwestie logistyczno-techniczne, to od wielu lat pracujemy takim w stylu, że gitarzyści tworzą riffy i zarysy utworów oraz rozsyłają pliki do reszty. Potem każdy pracuje nad swoimi pomysłami w domu i działamy. Oczywiście wciąż ważnym elementem jest ogrywanie materiału na próbach, jednak w ostatnich latach środek ciężkości przesunął się mocno w trochę innym kierunku. I już nie opracowujemy pomysłów i nie składamy ich w całości na sali prób, tutaj jedynie dogrywamy szczegóły. Ale bez względu na to w jaki sposób to się odbywa, ważne, że ta magia, ten głód tworzenia jest w nas wciąż bardzo duży.
Pytam, gdyż Wasza muzyka pełna jest buntu i bezkompromisowego przesłania. Czy tworzenie utworów w takiej stylistyce czyni Was spokojniejszymi w życiu codziennym?
Nie wiem, czy spokojniejszymi, ale z pewnością daje nam ujście. Muzyka jest dla mnie przede wszystkim sposobem wyrażania rzeczy, których nie zawsze da się powiedzieć normalnym językiem. Można wyrzucić z siebie gniew, frustrację, zachwyt, strach, czy zachwyt nad czymś pięknym, a potem wrócić do codzienności. Nie traktuję jednak Neolith, jako wentyla bezpieczeństwa dla ludzi, którzy chodzą na co dzień wkurwieni na cały świat. To byłoby zbyt proste. Ta muzyka jest dla nas raczej przestrzenią wolności. Możemy przez te kilka chwil być absolutnie szczerzy, bez zastanawiania się, czy komuś się to spodoba, czy jest modne, czy dobrze sprzeda się w mediach społecznościowych. I chyba właśnie dlatego, po tylu latach nadal chce nam się to robić. Kiedy wchodzimy do sali prób, czy na scenę - nie musimy nikomu niczego udowadniać. Mamy tylko zrobić muzykę, w którą sami wierzymy, ewentualnie przekazać i odebrać energię na linii my-nasi odbiorcy. I to jest też właśnie fajne, jeśli przy okazji ktoś inny odnajdzie w niej coś dla siebie - tym lepiej. Ale nigdy nie był to główny cel.
Rynek muzyczny przeniósł się do wirtualnej przestrzeni, ale fani metalu nadal kochają fizyczne nośniki. Jakie jest Wasze zdanie o obecnej kulturze streamingu? Pomaga, czy odziera muzykę z magii?
Streaming jest świetnym narzędziem i trudno udawać, że go nie ma. Na początku być może z tym walczyłem, ale dosyć szybko zdałem sobie sprawę z tego, że dzięki niemu muzyka, która trzydzieści lat temu była praktycznie nieosiągalna, jest dziś dostępna w kilka sekund. Dla zespołów z undergroundu to również ogromna możliwość dotarcia do wielu ludzi na drugim końcu świata. Sam często dzięki streamingowi odkrywam rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Ale jednocześnie coś się po drodze zgubiło. Muzyka stała się trochę kolejnym elementem niekończącego się strumienia treści. Płyta kiedyś miała swój ciężar - dosłownie i symbolicznie. Brałeś ją do ręki, oglądałeś okładkę, czytałeś teksty, wkładałeś do odtwarzacza i słuchałeś od początku do końca. To był pewien rytuał. I dla mnie tak jest do dzisiaj, ale wiem, że nie dla wszystkich. Dlatego fizyczne wydawnictwa nadal mają dla mnie ogromne znaczenie. Szczególnie w metalu, gdzie okładka, booklet, logo, cała oprawa są częścią muzyki. Dlatego też bardzo dużą wagę przykładamy do oprawy wizualnej naszych wydawnictw. Streaming może być bramą do muzyki, ale dla mnie nigdy nie zastąpi kontaktu z fizycznym albumem. Jedno nie musi zresztą zabijać drugiego.
Kiedy za wiele lat kurtyna opadnie po raz ostatni, z czego jako Neolith chcielibyście zostać najbardziej zapamiętani w historii polskiej muzyki ekstremalnej?
Chciałbym, żeby zapamiętano nas przede wszystkim jako zespół, który zawsze był sobą. Nie jako największy, najlepiej sprzedający się, czy najbardziej wpływowy - takie rzeczy nas nie interesują i nie są dla nas zbyt ważne. Chciałbym, żeby ktoś kiedyś powiedział: „Ci goście przez całe życie robili dokładnie to, w co wierzyli. I dodatkowo robili to dobrze”. Jeżeli po trzydziestu pięciu, czterdziestu, czy pięćdziesięciu latach ktoś nadal włączy płytę Neolith i poczuje, że za tą muzyką stoją prawdziwi ludzie, ich emocje, przekonania i ogromne zaangażowanie, to będzie dla mnie wystarczająco dużo. Nie oglądaliśmy się na mody, trendy, ani nie liczyliśmy na poklask. Oczywiście miło jest, kiedy ktoś docenia naszą muzykę, kiedy pojawiają się dobre recenzje, czy pełna sala na koncercie. Ale nigdy nie to było głównym paliwem Neolith. Naszym paliwem była potrzeba grania. I chyba właśnie tego chciałbym - żeby po nas zostały: szczerość, własna droga i świadomość, że można przez całe życie robić swoje, nawet jeśli świat dookoła nie zawsze tego potrzebuje. Jeżeli komuś dzięki temu będzie chciało się sięgnąć po gitarę, założyć zespół albo po prostu włączyć naszą muzykę - wtedy będę mógł powiedzieć, że ta cała podróż miała sens.
Zatem na koniec: gdybyście mieli zostawić swoich fanów z jednym, krótkim i dosadnym cytatem z nowej płyty, jak brzmiałyby wybrane przez Was słowa?
„O marność nad marnościami. I wszystko marność.”
Te słowa z „Modlitwy na Marny Czas” są dla mnie dzisiaj czymś więcej niż tylko fragmentem tekstu. Stały się pewnego rodzaju klamrą spinającą nie tylko „Inbir”, ale w jakimś sensie całą historię Neolith. Przez te wszystkie lata sączyliśmy bluźnierstwa, pisaliśmy o wojnie, śmierci, bogach, władzy, wierze, ludzkiej pysze i próbie zrozumienia własnego miejsca w tym świecie. I kiedy dzisiaj patrzę na to wszystko z perspektywy trzydziestu pięciu lat, coraz częściej dochodzę do wniosku, że człowiek tak naprawdę niewiele się zmienił. Patrzymy na historię, uczymy się jej, budujemy coraz bardziej skomplikowane cywilizacje, a później popełniamy dokładnie te same błędy. Walczymy o władzę, pieniądze, wpływy, idee i własne ego. Budujemy i niszczymy, wierzymy i przestajemy wierzyć. I tak bez końca. „O marność nad marnościami. I wszystko marność” brzmi więc dla mnie dzisiaj niemal jak podsumowanie nie tylko tej płyty, ale również świata, w którym przyszło nam żyć. Jest w tym gorycz, ale też pewna przewrotna prawda. Bo może właśnie świadomość tej marności jest jedną z niewielu rzeczy, które mogą nas jeszcze czegoś nauczyć. I chyba dlatego te słowa zostawiłbym odbiorcom naszej muzyki. Bez dodatkowego komentarza. „O marność nad marnościami. I wszystko marność”.
Zdjęcia: Łukasz Kozłowski.


0 Komentarze