W ogniu 10 pytań: Candlemass


 Candlemass - szwedzka grupa muzyczna grająca epic doom metal, założona w 1984 roku w Sztokholmie przez basistę i głównego kompozytora Leifa Edlinga. Ich ostatnie wydawnictwo - mini album „Black Star” ukazał się w 2025 roku. Leif był moim gościem w ramach cyklu „W ogniu 10 pytań…”, w którym to opowiedział mi o przeszłości i przyszłości zespołu oraz jego dotychczasowej twórczości. Gorąco zachęcam do lektury wywiadu.


Tytułowy utwór z mini album „Black Star” zapowiadany był przez Was jako kompozycja, która „zaczyna się jak Black Sabbath, a kończy jak Rainbow”. Jak udało Wam się połączyć te dwie monumentalne, lecz skrajnie różne energie w jednym utworze doomowym?


Chyba zdarzyło mi się to też kilka razy w Avatarium. Choćby w utworze „Moonhorse”. Uważam, że to całkiem efektywny sposób budowania piosenki. Sprawdził się świetnie zarówno w przypadku „Moonhorse”, jak i „Black Star”. To połączenie sił, które buduje utwór i czyni go mocniejszym.


Tekst do wspomnianego „Black Star” dotyka tematu walki egzystencjalnej. Czy po 40 latach pisania o mroku łatwiej jest odnaleźć nowe metafory dla ludzkiego cierpienia? Czy raczej jest wręcz przeciwnie – staje się to znacznie trudniejsze?


Zawsze przychodziło mi dość łatwo znajdowanie tematów pod kątem tekstów. W przypadku „Black Star” po prostu zajrzałem w głąb siebie. Patrzyłem przez okno na gwiazdy i to przyszło samo. Napisanie tekstu nie zajęło wiele czasu. Lubię ten utwór i bardzo się cieszę, że EP-ka zebrała dobre recenzje.


W internecie nie brakuje spekulacji, że ewentualny, nadchodzący album Candlemass może być ostatnim w Waszym dorobku płytowym. Czy w zespole rozmawiacie o emeryturze? A może dopóki zdrowie pozwala, słowo „koniec” w ogóle nie istnieje w Waszym słowniku?


Tak, dostaję mnóstwo pytań o emeryturę (śmiech - przyp. red.)... A ponieważ podchodzimy do wszystkiego rok po roku, kolejny album faktycznie może być naszą ostatnią rzeczą. Do tego oczywiście dochodzi intensywne koncertowanie. Ale szczerze mówiąc, nie planujemy kończyć kariery. Uważamy, że byłoby fantastycznie nagrać kolejną płytę i ruszyć w wielką trasę koncertową! Uwielbiamy nasze występy na żywo! Po obchodach 40-lecia przyjdzie czas na nowy album. Trzeba patrzeć w przyszłość, a nie wstecz. Trzeba nadal wydawać świetne płyty, zamiast tylko odcinać kupony od przeszłości. Mamy jeszcze sporo energii do działania!


Podniosłem ten temat, bowiem Wielu uważa, że prawdziwy doom metal najlepiej pisze się, będąc młodym i gniewnym. Jak więc zmienia się perspektywa patrzenia na mrok, przemijanie i śmierć, kiedy spogląda się na nie przez prymat tak wielkiego doświadczenia scenicznego?


Zapytajcie Black Sabbath! (śmiech - przyp. red.). Cóż, uważam, że młodzi ludzie tworzą świetny doom. To mnóstwo energii i epickich, potężnych utworów, które poruszają duszę. Ale z wiekiem przychodzi życiowe doświadczenie. Myślę, że starsi ludzie piszą lepsze piosenki. Trzeba czasu i cierpienia, by naprawdę pojąć istotę doomu. Nie chodzi tu o gniew, głośność, czy przester. Chodzi o głębię.



Wasza trasa jubileuszowa na 40-lecie istnienia zespołu objęła m.in. koncert w warszawskim klubie Progresja. Czy przygotowując setlistę na tę trasę, kierowaliście się wyłącznie nostalgią, czy też chcieliście pokazać, że Wasz zespół doskonale odnajduje w teraźniejszości?


Z okazji tego 40-lecia gramy tylko stare kawałki. Nic nowego ani nowszego. Postanowiliśmy w tych jubileuszowych latach postawić całkowicie na styl retro. I fani to uwielbiają! Koncerty są bardzo udane i pełne radości, co utwierdza nas w przekonaniu, że to była słuszna decyzja. Ludzie śpiewają klasyki, machają głowami, szaleją! Na koncerty przychodzą zarówno młodzi, jak i starsi. Całe rodziny – dwa, a nawet trzy pokolenia – bawią się szaleńczo przy „Bewitched”, „Demons Gate” czy „Solitude”! Stojąc na scenie, czuję się prawdziwym szczęściarzem.


Zatem właśnie, czy współczesna produkcja cyfrowa nie zabija Waszym zdaniem tej autentyczności, „brudu” brzmienia, które były tak kluczowe dla wydawnictw z lat 80.? Jak chronicie swoją twórczość przed dzisiejszym, dość sterylnym sznytem?


Dobre pytanie. Uwielbiam dawne metody pracy. Format cyfrowy zabija część tego ciepła, które słychać na starych płytach w stylu „old school”. Nie wiem jeszcze, jak nagramy kolejny album. Czy powinniśmy zrobić to na dwucalowej taśmie, po staremu, czy pójść w cyfrę, jak to zwykle bywa? Nie mam pojęcia. Jedni doradzają jedno, inni mówią co innego. Zobaczymy... Póki, co do tego nie dotarliśmy. Chciałbym jednak nagrać jeszcze jeden, naprawdę świetny album.


Myślę sobie, że niejeden muzyk ma w repertuarze utwór, który gra niechętnie na koncertach, ale musi, bowiem fani go żądają. Jaki zatem jest najmniej lubiany przez Was klasyk Candlemass i dlaczego?


Może „Black Stone Wielder”? Nie dlatego, że jest kiepski. Wręcz przeciwnie – to wspaniały kawałek, ale trudny do zagrania. Z jakiegoś powodu zawsze coś nam w nim nie wychodziło na koncertach. Dlatego przez wiele lat go nie graliśmy. Teraz przywróciliśmy go do setlisty na życzenie fanów... Zobaczymy, jak pójdzie. W zeszły weekend na Krecie zagraliśmy go całkiem nieźle, więc może zostanie w repertuarze. Zobaczymy...


Ponoć granie i słuchanie ciężkiej muzy działa jak katharsis. Czy tworzenie doom metalu przez te wszystkie lata uchroniło Was przed własnymi, wewnętrznymi demonami?


Nie bardzo. Nie ma znaczenia, czy słuchasz popu, jazzu, soulu, czy doom metalu. Jestem pewien, że nigdy nie pozbędziesz się wewnętrznych demonów. Wszyscy je mamy. Możesz próbować utopić je w alkoholu, ale te dranie potrafią pływać! Zawsze tam będą, drażniąc cię i szydząc z ciebie. Wmawiając ci, że jesteś do niczego. Sprawiając, że czujesz się jak gówno. Najlepiej po prostu starać się ich tak bardzo nie słuchać. Co wcale nie jest łatwe.


Wyobraźcie sobie teraz, że doom metal jest religią, Wy zaś autorami jego Świętej Księgi. Jaki grzech w muzycznym świecie byłby przez Was piętnowany?


Szczęście...?


To na zakończenie - gdyby Wasze instrumenty mogły mówić, o co miałyby największy żal do Candlemass po tych wszystkich latach w studiu i na scenie?


Może to, że powinienem częściej grać na strunach D i G?! (śmiech - przyp. red.). Prawie wyłącznie używam strun A i E. Robię tak od 40 lat. I mnie to pasuje. Jestem królem struny E!


Zdjęcia: materiały prasowe.





Prześlij komentarz

0 Komentarze