Hellium - poznańska supergrupa wykonująca mieszankę death, thrash i groove metalu. W 2026 roku wydali swój drugi, znakomicie przyjęty album studyjny „Humanized”, i to właśnie o nim oraz materiale zawartym na tym krążku porozmawiałem z nowym wokalistą Hellium Jordanem Niedzielskim oraz gitarzystami Marcinem Białożykiem i Piotrem Mańkowskim. Odpowiedzieli oni na 10 ognistych pytań, czyniąc to w sposób ciekawy i warty poznania. Zachęcam zatem do lektury wywiadu.
Tytuł Waszej najnowszej plyty - „Humanized” sugeruje proces „uczłowieczania”. Co więc skrywa on w kontekście samej muzyki oraz materiału zawartego na krążku?
Jordan Niedzielski: Słyszałeś o teście Turinga? Jeśli nie, odpowiem bez wykładu - Alan Turing, jeden z ojców
informatyki, postulował o komputerze jako maszynie uniwersalnej. Wyobraź sobie komputer stworzony według jego zasad, wyposażony w odpowiednio duże zasoby. Taka maszyna mogłaby w skończonym czasie rozwiązać dowolne zadanie, które można przedstawić jako zbiór symboli.
Okej, a teraz po polsku, nie ośmieszając się przed byłymi wykładowcami: jak to się ma do płyty? Otóż Turning zaproponował następujący test - człowiek - kontroler porozumiewa się z dwoma podmiotami, komputerem i drugim człowiekiem. Jego zadaniem jest wskazać, kto w danej chwili odpowiada. W oczach naukowca miał nadejść punkt, w którym kontroler poniesie klęskę - granica między człowiekiem, a maszyną zostanie zatarta.
Nasza nowa płyta, „Humanized” to zbiór opowieści z teraźniejszości i bliskiej przyszłości, w której nie da się odróżnić człowieka od maszyny. Co najlepsze, nie jest to świat z definicji zły. Przeciwnie - jest on taki, jacy jesteśmy my; maszyny tworzymy, uczymy i dostrajamy do siebie i własnych preferencji. Niemniej, muzycznie to wciąż death metal, więc musiałem w tekstach ugryźć temat pożogi, buntu maszyn i tak dalej (śmiech - przyp. red.).
Drugi album Hellium to zaproszenie do pochylenia się nad własnymi wyborami. Wzmocnione wielokrotnie przez moc technologii, zadecydują o trajektorii naszego świata.
Marcin Białożyk: Gdy kończyłem pracę nad muzyką uznałem, że te numery zasługują na ciekawą, spójną, a
przede wszystkim aktualną oprawę tekstową. To co nas otacza - a może lepiej - to, co nas osacza powoduje, że z jednej strony, jako ciekawe i żądne wrażeń zwierzątka chcemy tą bestię pooglądać z bezpiecznej odległości, a z drugiej chcielibyśmy na niej pojeździć, podotykać i sprawdzić się, czy jesteśmy nadal lepsi, czy może przewagi nie mieliśmy nigdy (tylko nie mieliśmy o tym pojęcia). Akurat wówczas czytałem „Edycję Genów” o technologii CRISPR, póżniej „Kwantechizm 2.0” Andrzeja Dragana (tak, tak jeszcze czytamy książki!) i postanowiłem, że chciałbym, aby ta płyta była o zagadnieniach związanych z AI. Z technologią, jej parciem na nasze życie i skracaniem czasu na wybór, refleksję, ciszę… Nawet na śmierć.
Zarzuciłem temat Jordanowi, żeby starał się oprócz merytorycznie dobrych tekstów jednostkowych ułożyć je w spójną i ciekawą opowieść. Bo jeszcze jednego asa w rękawie trzymałem. Okładkę. Jordan wywiązał się znakomicie! Napisał świetną historię i gdy jeszcze zaśpiewał to… Dla mnie to było przeżycie! Wszystko się zgadzało. Wyszło lepiej niż marzyłem. Chodziłem w słuchawkach i katowałem te numery do nieprzytomności. Uzależniłem się od własnej muzy! Śmiech to dopiero perwersja i samozachwyt!
Zaprosiłem do oprawy graficznej Michała „Xaaya” Loranca, świetnego artystę, grafika i muzyka! Chwilę poświęciliśmy na dopracowanie tej okładki, ale było warto! Absolutna klamra dla warstw wszelakich zawartych na tej płycie. Do tego, jest technologicznie zaawansowana. Zastosowano druk soczewkowy i efekt 3D. Wielkie oko AI mieniące się trzema warstwami, a na środku źrenicy kwadratowy chip… Warto mieć takie coś na półce. Szczególnie efektownie widać to na winylu.
Na „Humanized” technologia jawi się jako nowe bóstwo. Czyżby dziś to właśnie ona stawała się bardziej ludzka? A może to my coraz częściej upodobniamy się do zimnych maszyn?
Jordan: Odpowiedziałem poniekąd w poprzednim pytaniu, ale… To potencjalny bóg, w znaczeniu
wszechwiedzy o i wszechmocy oddziaływania w danym - ziemskim świecie. Niemniej, to bóg na sznurku - wciąż decyduje o niej człowiek. Najłatwiej monetyzuje się najprostsze instynkty; skala inwestycji w AI przewyższa wielokrotnie Projekt Manhattan, który zrodził bombę atomową. W tym świetle czuję, że upodabniamy się, ważąc kapitałem - a więc formą przekazywania energii - do „zimnych” maszyn.
Marcin: Człowiek/ ludzkość zawsze dążył/a do zadawania pytań przekraczających możliwości poznawcze i wykraczające poza bezpieczne rewiry rozumu i logiki. Brak odpowiedzi lub najprostsze interpretacje tworzyły byt mitycznej istoty odpowiedzialnej za to i owo, wszechwładnej, niedostępnej… Teraz, mam wrażenie że doszliśmy do ściany. Pytań jest nadal bez liku tylko dla ich rozwiązania stworzyliśmy sobie Lu - cyfrowego potwora, którego
karmimy naszymi książkami, uczymy języka, idiomów, dowcipu… A coś mi się zdaje, że oczekiwanie, że nam za to podziękuje jest naiwnością.
Pytam, bowiem klip do singla „The Collapsing Veil” nakręciliście w Poznańskim Centrum Superkomputerowo-Sieciowym (PCSS). Jakie to uczucie grać tak organiczny metal w sercu cyfrowego świata?
Jordan: O klipie w tej lokacji marzyłem od kilku lat. Nieskutecznie próbowałem stworzyć to z moją ówczesną formacją - Savior. Wreszcie w Hellium nadarzyła się okazja. To uczucie nie z tej ziemi. Nie tylko wizualnie. Świadomość mocy, potencjalnej siły znajdujących
się tam maszyn pomogła mi wydobyć całą złość, jaką tylko mogłem wydobyć z tekstu. Gorące podziękowania dla całej ekipy Centrum - fantastyczni, pomocni ludzie z niezwykle otwartymi na twórczość głowami! Warto pamiętać, że w PCSS nagraliśmy również większość klipu do „The Collapsing Veil” - mojego ulubionego, najcięższego moim zdaniem i najbardziej udanego „fabularnie” numeru z płyty.
Piotr Mańkowski: Tak naprawdę zarówno „Her”, jak i „The Collapsing Veil” kręciliśmy w PCSS. Wrażenia „cyfrowe” niesamowite. To futurystyczne poczucie przynależności do szalejących bitów mocno wpłynęło na udział w kręceniu klipu. Myślę, że to najlepsze miejsce w odniesieniu do tego, co siedzi w naszej muzie i tekstach.
Marcin: Jordan pokazał mi foty z wnętrza PCSS dostępne w necie i…Chwyciłem za telefon, ponieważ
mam kolegę, który tam pracuje. Od słowa do czynów przeszliśmy bardzo sprawnie i oto jest! Voila! To miejsce z olbrzymim potencjałem, które dzięki decyzjom zaangażowanych (serdeczne dzięki!) znakomicie zagrało w naszych klipach!
Cóż, dziś to algorytmy decydują o tym, kto ma większy zasięg, a kto zniknie w cyfrowym niebycie. Czy jako Hellium czujecie się czasem, jak gladiatorzy walczący na cyfrowej arenie Marka Zuckerberga lub Elona Muska?
Jordan: Szczerze mówiąc, ja już się nawalczyłem - przestałem się kłócić o kształt pudełka, w którym zamknięta jest kolektywna uwaga. Zasięg największych platform społecznościowych - nowego systemu operacyjnego ludzkości - sprawia, że można je zmienić wyłącznie od wewnątrz, zapraszając do dyskusji.
Nie mam ambicji mesjanistycznych. Choćby bliski albumowi kulturowo „Matrix” uczy, że jedyna możliwa zmiana to osobista odpowiedzialność. Trudno wziąć ją na bary, dlatego do treningów dźwigania tego ciężaru polecam odpalić płytę (śmiech - przyp. red.).
Piotr: Obawiam się, że większość z nas czuje się tak, jak sugerujesz. To niewątpliwie trudny czas dla muzyki, muzyków, kiedy oprócz tego, że poświęca się sporo czasu na muzykę, na rozwijanie własnych umiejętności muzycznych, trzeba walczyć na polu social mediów. Szczerze powiem, że dla mnie to jest mega trudne i zabiera zbyt dużo energii.
Marcin: Robimy swoje. Nie jest łatwo, dlatego trzeba się wspomagać. My mamy skupić się na muzyce, a SM trzeba oddać w ręce fachowców. Nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem, jak mawiał klasyk…
Zastanawiam się, jak reagujecie na fanów, którzy zamiast przeżywać koncert i dać się porwać energii, stoją pod barierą i nagrywają Wasz występ smartfonem? Czy nie macie wręcz ochoty zabrać im te telefony w imię koncepcji „Humanized”?
Jordan: Ciekawe pytanie! O ile koncerty w nowym składzie wciąż przed nami (nadchodzą!), myślałem o tym w kontekście występów innych kapel i wcześniejszych doświadczeń scenicznych. Koncert to dla mnie celebracja życia, jego intensywności i mocy - idealna przestrzeń do
wymiany energii. Tym bardziej w tak intensywnej formie, jak death metal.
Nagrywanie całego występu wywołuje u mnie politowanie; come on, odbierasz sobie prawdopodobnie jedyne miejsce, w którym możesz coś POCZUĆ. Łapię jednak nagranie fragmentu, czy numeru, by wrócić do konkretnego momentu, który skwasił nam mordę w
pociesznym grymasie. Co za tym idzie, zachęcam do „uczłowieczania się” pod sceną… Lub zezwierzęcenia w piciu (śmiech - przyp. red.).
Piotr: No właśnie. Sam zastanawiam się, po co filmować, skoro najczęściej później rzadko się do tych nagrań wraca. Dźwiękowo są one z reguły słabe, obraz też niezbyt super, a to czego oczy nie zobaczyły na żywo już uciekło.
Marcin: Klikalność to motywacja takich zachowań. Ktoś mi poklika, że byłem, że fajnie nagrałem... A być może jest to forma jakiegoś trofeum z koncertu. Trochę jak merch. Nie wiem. W tej kwestii nie oceniam, nie zakazuję i nie mój biznes. Jeśli ktoś zapłacił za bilet na koncert i chce w takiej formie uczestniczyć, to jego wybór.
A gdyby to sztuczna inteligencja miała zrecenzować Wasz najnowszy krążek, jak myślicie, jakie błędy w brzmieniu lub „usterkę techniczną” wykryłaby w Waszej muzyce jako pierwszą?
Jordan: Przecież to wszystko wygenerowane w Suno jest… (śmiech - przyp. red.). Pewnie narzekałaby, że za szybko mija!
Piotr: AI w muzyce jest niestety dla mnie, mimo, iż niesie w wielu dziedzinach sporo dobrej pomocy, sama usterką techniczną. I szczerze jestem przerażony tym, że wchodzi w buty muzyki i muzyków tak mocno i szybko, że powstaje pytanie o sens grania w ogóle. Liczę, że jednak znajdzie się sporo niezależnej myśli wśród fanów i będą potrafili pozostać przy żywych ludziach i ich, nierzadko gorszych umiejętnościach.
Marcin: AI jest bez szans. Błędy wyłapał już Piotrek… (śmiech - przyp. red.).
Cofnijmy się do początków. Kiedy w Waszych głowach po raz pierwszy pojawił się pomysł utworzenia Hellium? Czy myśleliście wówczas długofalowo, czy też był to raczej koncept na jednorazowy projekt?
Marcin: Pominę zupełne początki, bo nie ma sensu rozpisywać się na tematy nieistotne dla nas, jako zespołu tu i teraz. Naprawdę. To okres, w którym kalkulacje wzięły górę nad kierunkiem. Szkoda czasu na gównoburzę. Hellium powstało - jak Feniks - wtedy gdy Pavulon nagrał do moich numerów zajebiste bębny, gdy Mańkover zgodził się - podpuszczony jeszcze przez bardzo przychylną nam… (nie wiem, czy mogę, dlatego nie powiem…) - grać na basie i nagrał mi to tak, że ciary przeszły oraz finalnie wtedy, gdy do studia przyszedł długowłosy, dwumetrowy, owinięty szalem i w czapie Jordan.
Pomyślałem wtedy: „K..rwa to jest dobry znak! Nie mamy małych ludzi w zespole” (śmiech - przyp. red.). Jak otworzył gardziel do mikrofonu to… Wtedy nastąpił start tej rakiety! Hellium odłączyło zbędne człony i lecii…! (śmiech - przyp. red.).
Wasz muzyczny debiut „One Way To Dead End” mocno czerpał z klasyki thrashu i tradycji Turbo. Z perspektywy czasu – czy ta płyta dała Wam poczucie dumy z dobrze wykonanej pracy i spełniła pokładane w niej nadzieje? Jakich słów użylibyście dzisiaj opisując jej materiał?
Marcin: Muszę wziąć na siebie to pytanie i postarać się pewne sprawy raz na zawsze wyjaśnić. Ta płyta była w pewnym sensie eksperymentem. Wyszła nad podziw dobrze, bo to świetne numery, w większości napisane dawno temu przez Litzę. Chciałem jednocześnie przekonać się, czy w ówczesnym zestawie osobowym możemy wsiąść do rakiety i wystartować robiąc przy tym hałas - jak brzmiały szumne zapowiedzi… Okazało się jednak, że zestaw osobowy zamienił się w pociąg osobowy, a jazda po starych torach była wycieczką donikąd. Tyle prehistorii i „perspektywy czasu”.
Dzięki Pavulonowi ten materiał dostał dzikości i właściwej dla niego motoryki. I to był największy, ale również jedyny wówczas profesjonalny wkład artystyczny w tą płytę. O reszcie szkoda gadać. Wiem co mówię. Jakich słów użyłbym do opisania?... Hmmm… Ze względu na historyczne aspekty oraz artystów z przeszłości zacytuję klasyka: „Ale to już było i nie wróci więcej…”.
Metal w Polsce ma historię tak starą, jak węgiel. Gdzie więc na tej osi czasu plasuje się Hellium? Czy widzicie siebie w roli sukcesorów, czy też otwieracie całkiem nowy i osobny rozdział?
Jordan: W dobie podgatunków do podgatunków, mikrogatunków, jakakolwiek próba wymyślenia
czegoś „nowego” mija się z celem. Mimo wszystko to zespół na krzyk, gitary, bas i gary. Chcemy jednak przekazać bezpretensjonalną energię, która zaprasza swoją mocą do poczucia czegoś - choćby chęci biegania w koło, czy machania łbem. Jeśli taki rzetelnie nagrany i wyprodukowany materiał zachęci fana do refleksji, zadania jakiegokolwiek pytania - to więcej, niż mógłbym oczekiwać.
Piotr: Wyjście od tradycji dwóch bardzo ostrych albumów Turbo, było, tak myślę, tylko początkiem do pójścia w tym kierunku, w jakim teraz Hellium zmierza. Ponieważ w Hellium nie zajmuję się kompozycją, a robi to Marcin, mogę trochę obiektywnie podejść do tematu. Slayer na sterydach, jaki proponuje Marcin urzekł mnie od samego początku. I sądzę, że to będzie nowy rozdział.
Marcin: Chciałbym, aby zespół Hellium miał swoje miejsce na planecie. Nie odbieraj tego, jako butnej deklaracji, po prostu chodzi o to żeby każdy miał przestrzeń dla swojej twórczości, jakąś
charakterystykę i odmienność. Starałem się. aby ta muza nie była z automatu czymś powielonym, „już słyszanym” i wtórnym. Przez pół roku nie słuchałem żadnej rzeźni, aby nie wpaść w pułapkę ewidentnych inspiracji. Miało być szczerze i po mojemu... Chyba wyszło?! Nie ucieknę jednak od tego, że bliżej metalowego serducha jest Slayer niż „pornokowboje”…
Zatem, co obecnie - w Waszym metalowym świecie - irytuje Was tak mocno, że najchętniej nacisnęlibyście Delete?
Jordan: Ludzie, przestańcie grać tę Metallikę. Czy inną Panterę; tyle jest muzy, tyle emocji w nowym świecie, że naprawdę nie warto tłuc po stokroć „For Whom The Bell Tools”.
Tyle jest sposobów wyrażenia siebie, przypięcia własnej emocji i podania jej w dźwiękach. Nie po to Pan Jezus przyniósł nam FL Studio i 808mkę, żeby wciąż grać „Smoke On The Water” (śmiech - przyp. red.). Pokrótce - braku odwagi w poszukiwaniu i wyrażaniu własnego spojrzenia na intensywne, ciężkie emocje. A tym bardziej ostracyzm wobec prób. Choć jest to problem pod szampana - nie istnieją już gatunki, każdy gra wszystko ze wszystkim.
Marcin: Brak życia, kształtowania emocji oraz radości w „nowoczesnej” muzyce to coś, co mnie najbardziej odrzuca. Te pierdyliardy zespołów grających to samo.. Makabra! Mam wrażenie czasem, że pogoń za chęcią „grania jak….” wyprała mózgi tym klonerom czyichś rozwiązań. Brzmią tak samo, grają podobnie, wszystko wręcz nierozpoznawalne. Ekstremalność muzyki także mnie poraża. To brnie w stronę chorego wyścigu, w którym wygra ten, kto zwariuje na żywo, wyżre sobie mózg i zrobi z tego live’a, nie przestając grać i stepować jednocześnie…
Posłuchajcie Franka Zappy. Wiele wam to wyjaśni w kwestii radości, kreatywności, emocji i perfekcyjności muzyki. Włączam Franka i jestem w innej przestrzeni… Tej przestrzeni! Nie znoszę i absolutnie nie szanuję też dedykowanych „tribute bandów”, które zarabiają na cudzych dokonaniach w imię tzw. hołdu - rzekomo z miłości i oddania. To już jest szczyt dziadostwa. Nawet logo partaczą tą „miłością”. Graj za darmo! Złóż ten hołd, Klezmerze!
Zdjęcia: Adam Dobrowolski.


0 Komentarze