Wywiad: Legion of the Damned - „Kreatywność tak naprawdę nigdy się nie kończy…”


Legion of the Damned - powstała w 1992 roku, niezwykle zasłużona i ceniona holenderska formacja grająca thrash/death metal. W dyskografii zespołu znajduje się łącznie 13 studyjnych krążków, zaś ich najnowsze dzieło „Defiant Resurrection” jest aktualnie w fazie prac. Z ogromną radością przyjąłem więc fakt, że wokalista grupy Maurice Swinkels poświęcił mi trochę czasu i odpowiedział na kilka moich pytań. Gorąco polecam niniejszy wywiad.


Gracie ze sobą od dekad. Jaki jest Wasz sekret na unikanie „kreatywnego wypalenia” i destrukcyjnych konfliktów wewnątrz zespołu?


Kreatywność tak naprawdę nigdy się nie kończy, ale najważniejsze jest to, by członkowie zespołu świetnie się ze sobą dogadywali. Widuję zespoły, które zatrudniają muzyków, kierując się opiniami w stylu: „to świetny basista”, „to znakomity perkusista”… Ale nawet jeśli ktoś jest absolutnym mistrzem, to jeśli ma wybujałe ego albo po prostu nie da się z nim wytrzymać prywatnie, współpraca nie wypali – potrzebna jest równowaga. Oczywiście muzycy muszą dobrze grać na swoich instrumentach, ale większość czasu spędza się na wspólnym podróżowaniu, podczas gdy na scenie jest się razem tylko przez 45–60 minut. My jesteśmy jak świetnie naoliwiona maszyna i naprawdę dobrze się ze sobą dogadujemy. Współpracuję z Erikiem (perkusistą) od prawie 33 lat i nigdy nie mieliśmy ani jednej kłótni, czy spięcia.


Brzmienie Legion of the Damned jest rozpoznawalne poprzez swoją bezwzględną motorykę. Czy istnieją jakieś granice eksperymentów, których jako zespół nigdy nie przekroczycie, by nie stracić swojej tożsamości?


To trudne pytanie, bo z jednej strony chcesz eksperymentować i odkrywać nowe rejony, a z drugiej – nie chcesz stać się „kolejnym zespołem” (zatracając własny charakter). To wyzwanie, gdy dołączają nowi muzycy: mają przecież inne pomysły, odmienne podejście, inne ulubione kapele i własne cele. Osobiście staram się w miarę możliwości zachować brzmienie i groove Legionu, ale czasem trzeba też nieco odpuścić – zmiany tu i ówdzie są przecież czymś dobrym.


Jesteście weteranami festiwali takich jak Wacken Open Air, czy Brutal Assault. Jaka jest najbardziej absurdalna rzecz, która przydarzyła się Wam na backstage’u przez te wszystkie lata?


E tam! Wszyscy myślą, że przebywanie za kulisami to jakieś wielkie, ekscytujące wydarzenie, a tak naprawdę jest tam głównie nudno. Zespoły przychodzą i odchodzą, bo muszą grać gdzie indziej, muzycy są zmęczeni występami, więc po prostu siedzi się i pije piwo – panuje luźna atmosfera, to nie jest ten cały klimat „seks, narkotyki i rock and roll” (śmiech - przyp. red.). Zazwyczaj niewiele się tam dzieje, choć zdarzają się fajne momenty – na przykład możliwość obejrzenia koncertu Metalliki na festiwalu Hellfest z baru za kulisami, który znajdował się wysoko w górze i oferował świetny widok na scenę. To było naprawdę niesamowite przeżycie.


Nazwa „Legion Potępionych” (Legion of the Damned) brzmi dosadnie. Kim w dzisiejszym społeczeństwie są dla Was ci współcześni „potępieni”?


Z pewnością politycy!



Niedawno ogłosiliście wejście do Toneshed Recording Studio, by nagrać nowy krążek o nazwie „Defiant Resurrection”. Co kryje się za tym tytułem i przeciwko czemu lub komu zamierzacie tym razem powstać?


To tytuł, który spaja wszystkie utwory w jedną całość. Tak naprawdę za nazwami naszych albumów rzadko kryje się jakieś głębokie przesłanie czy ukryty sens – najważniejsza jest muzyka.


Znamy już pierwsze robocze tytuły utworów z nowego materiału, takie jak „The Lamb Defiled” oraz „Midnight Hammer”. Czy możecie zdradzić, jaka opowieść lub koncept liryczny łączy ze sobą wymienione utwory?


Utwór „Midnight Hammer” opowiada o zakrojonym na szeroką skalę uderzeniu militarnym, przeprowadzonym pod osłoną nocy. Opisuje on atak bombowców dalekiego zasięgu na ukryte instalacje nuklearne, do którego dochodzi po fiasku dyplomacji i negocjacji. Piosenka koncentruje się na eskalacji napięcia, przytłaczającej sile militarnej oraz na idei, że w globalnym konflikcie najpotężniejsze narody ostatecznie narzucają swoją wolę siłą. Z kolei „The Lamb Defiled” to utwór traktujący o religijnym buncie i bluźnierczym odrzuceniu chrześcijaństwa. Ukazuje on ukrzyżowanie oraz postać Chrystusa, nie jako źródło zbawienia, lecz jako symbole, które należy odrzucić, wyśmiać i porzucić. Tekst stawia indywidualną wolę, grzech, instynkt i „wewnętrzną bestię” ponad posłuszeństwem, poświęceniem, czy religijnym autorytetem.


W zespole pojawił się nowy gitarzysta, Ruud Strijbosch. Jak jego styl gry i świeża krew wpłynęły na riffy oraz dynamikę utworów komponowanych na „Defiant Resurrection”?


Ruud reprezentuje bardziej tradycyjne podejście, co przekłada się na riffy w starym stylu – w przeciwieństwie do Twana van Geela, który był bardziej nastawiony na black metal. Dzięki połączeniu tego z melodyjnym stylem Fabiana album jest bardziej różnorodny, a jednocześnie zachowuje klimat starej szkoły.


Procesowi nagrywania w studio towarzyszy realizacja specjalnego dokumentu zza kulis. Dlaczego tym razem zdecydowaliście się tak mocno odsłonić kurtynę i pokazać fanom proces powstawania albumu od kuchni? 


Zawsze chcieliśmy to zrobić, a ja – jako filmowiec – miałem taką możliwość. Jednak gdy ostatnim razem nagrywaliśmy „Poison Chalice”, mieszkałem godzinę drogi od studia, a moje dzieci były jeszcze małe. Teraz, mieszkając zaledwie 25 minut od studia i mając nieco starsze dzieci, mogłem bywać tam niemal codziennie i rejestrować proces twórczy.


Wasz repertuar nawiązuje do starej dobrej szkoły. Żyjemy jednakże w czasach, gdzie sztuczna inteligencja zaczyna pisać teksty i generować muzykę. Czy uważacie, że AI będzie kiedyś w stanie wiarygodnie podrobić tę agresję i bezkompromisowość tkwiące w czystym thrash metalu?


Sztuczna inteligencja z pewnością będzie w stanie tworzyć muzykę, która technicznie brzmi, jak thrash metal. Już teraz potrafi naśladować określone struktury, riffy, partie perkusji, a nawet style wokalne – i będzie to robić coraz lepiej. Jednak dla mnie agresja i bezkompromisowy charakter thrash metalu nie sprowadzają się tylko do brzmienia. Wynikają one z postawy, frustracji, energii, osobowości oraz z faktu, że ludzie grają razem. Zwłaszcza w thrashu starej szkoły niedoskonałości często decydują o tym, że muzyka wydaje się żywa. Zatem tak – AI prawdopodobnie zdoła przekonująco podrobić brzmienie thrash metalu, być może nawet do tego stopnia, że ​​wielu ludzi nie usłyszy różnicy. Ale czy będzie w stanie naprawdę oddać intencję, która za tym stoi? To już inna kwestia. Postrzegam sztuczną inteligencję głównie jako kolejne narzędzie. Można ją wykorzystywać do szukania pomysłów, tworzenia oprawy wizualnej, produkcji, czy eksperymentów – tak jak ja robię to w swojej pracy filmowca – ale ostatecznie Legion of the Damned musi brzmieć jak pięciu ludzi grających agresywną muzykę, bo naprawdę tego chcą i czują to, co robią.


Na rozluźnienie - klasyczny winyl, płyta CD w digipacku, czy wygoda streamingu – jak sami najchętniej słuchacie muzyki w domu?


Sprzedałem swoje płyty CD i winyle już wiele lat temu. Miałem ich ponad tysiąc, ale przy każdej przeprowadzce musiałem je ze sobą zabierać, więc postanowiłem się ich pozbyć. Poza tym nie lubię słuchać utworów tylko jednego zespołu pod rząd; wolę mieszać kawałki i tworzyć własne playlisty, dlatego korzystam ze Spotify. Słucham muzyki w słuchawkach niemal wszędzie: podczas sprzątania, montażu materiałów, pracy, leżenia w łóżku, uprawiania sportu, jazdy samochodem, itd. Streaming jest dla mnie po prostu wygodny i prosty. Oczywiście wciąż lubię ten klimat, gdy widzę płytę CD lub trzymam ją w dłoniach, ale przy moim stylu życia streaming sprawdza się najlepiej. To również idealne rozwiązanie, gdy dużo podróżujesz – na przykład podczas wielogodzinnych przejazdów autobusem na koncerty czy lotów samolotem.


Najlepsze holenderskie piwo do wypicia po morderczym secie koncertowym to...?


(Śmiech - przyp. red.) nie jestem wielkim piwoszem – uwielbiam Cavę, Prosecco i szampana – ale każde piwo jest dobre. Przepadam też za piwami specjalnymi.


Wybaczcie, ale muszę na koniec: gdybyście obudzili się jutro w alternatywnej rzeczywistości, w której metal nigdy nie powstał, a Wy jesteście popularnym boysbandem – jak nazywałby się Wasz największy radiowy hit?


Pewnie coś potwornie chwytliwego, w stylu „Midnight Lover” (śmiech - przyp. red.), ta sama konstrukcja tytułu, ale zupełnie inny, łupiący klimat. Chciałbym jednak wierzyć, że w zespole wciąż byłoby trochę mroku. Może więc bylibyśmy takim boysbandem, który uśmiecha się w teledysku, śpiewając podejrzanie przygnębiające teksty. A po dwóch płytach i tak pewnie byśmy wszystko zepsuli, odkrywając przesterowane gitary (śmiech - przyp. red).


Zdjęcia: materiały prasowe.





Prześlij komentarz

0 Komentarze