HIRAX - amerykański zespół wykonujący thrash metal, założony w 1984 roku. Główną postacią i jedynym stałym członkiem formacji od momentu jej powstania jest charyzmatyczny wokalista Katon W. De Pena, z którym porozmawiałem o twórczości zespołu oraz ostatnim, jak dotąd, wydawnictwie płytowym HIRAX - albumie „Faster than Death”. Zachęcam do lektury wywiadu.
HIRAX powstał w czasach, gdy scena thrashmetalowa dopiero się rodziła. Gdybyście mieli wskazać jeden konkretny moment z lat 80., w którym poczuliście: „Tak, tworzymy właśnie nową historię muzyki”, co by to było?
Myślę, że ten, gdy przebywałem w San Francisco (w rejonie Bay Area), w domu należącym do Metalliki i spędzałem czas z Kirkiem Hammettem. Wtedy on podszedł do mnie i powiedział, że słyszał debiutancki album HIRAX – „Raging Violence” w Holandii, podczas europejskiej trasy koncertowej zespołu. Wówczas zacząłem uświadamiać sobie, że HIRAX wywiera wpływ na światową scenę thrashmetalową.
Pochodzicie z okolic Los Angeles, ale często kojarzono Was z brzmieniem Bay Area. Jak z Waszej perspektywy różnił się klimat pomiędzy sceną metalu w L.A. i San Francisco w tamtych czasach?
Te dwa miasta są do siebie bardzo podobne. Ludzie nie zawsze zdają sobie sprawę, że zespół Metallica wywodzi się z Los Angeles. Z biegiem lat zarówno rejon zatoki San Francisco (Bay Area), jak i Los Angeles wypracowały własne, charakterystyczne brzmienia. Istnieje wyraźna różnica między zespołami z Bay Area – takimi jak Exodus, Testament, Death Angel, czy Vio-lence – a legendarnymi grupami z południowej Kalifornii i Los Angeles, do których zaliczamy się my, Slayer, Armored Saint, Evil Dead, czy Suicidal Tendencies. Tę różnicę naprawdę słychać. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie wspomniane zespoły łączy jedna cecha: grają niezwykle ciężką muzykę. Uważam też za wspaniałe to, że każda z tych grup ma własną osobowość i styl.
Wspomniany debiut „Raging Violence” (1985) uderzał z niesamowitą szybkością. Czy nagrywając ten album, intencjonalnie chcieliście stworzyć coś szybszego niż inne wydawnictwa tamtego okresu?
Taki właśnie był nasz cel – przesunąć granice ekstremalnego thrash metalu – i udało nam się to osiągnąć na „Raging Violence”. To bez wątpienia jeden z najbardziej chaotycznych thrashmetalowych albumów w historii. Jesteśmy z tego bardzo dumni.
W mojej ocenie, HIRAX idealnie balansuje między thrashem, a punkiem/hardcore’em. Który element tej układanki był dla Was trudniejszy do okiełznania na początku: precyzja metalu, czy surowy chaos punka?
Opanowanie obu tych stylów przyszło nam z łatwością, ponieważ od najmłodszych lat darzyliśmy je ogromną sympatią. Naturalnym krokiem było więc dla nas ich połączenie. Mieliśmy szczęście, że na początku naszej kariery graliśmy w wielu różnych zespołach łączących różne gatunki – jeszcze zanim w ogóle ukuto termin „crossover”.
Teksty HIRAX często dotykają tematów walki, niesprawiedliwości i przetrwania. Jak zmieniały się Wasze inspiracje liryczne na przestrzeni tych wszystkich lat?
Zawsze byliśmy zespołem bliskim ludziom i wywodzącym się spośród nich. Nie nazwałbym nas zespołem politycznym, ale mamy silne przekonania, więc na tytuły i tematykę naszych utworów duży wpływ mają czasy, w których żyjemy, oraz wydarzenia wokół nas. Dlatego do każdego nagrywanego i wydawanego albumu zawsze dołączamy teksty piosenek. Jeśli ktoś chce naprawdę zrozumieć, o co chodzi w HIRAX – naszym głównym celem od zawsze było jednoczenie ludzi najróżniejszego pokroju. KAŻDY jest mile widziany w naszej thrashmetalowej rodzinie!
Okładki Waszych płyt, jak choćby „El Rostro de la Muerte” (2009), mają niesamowity, komiksowy wręcz klimat retro. Jak dużą rolę odgrywa dla Was warstwa wizualna i jak dobieracie artystów do współpracy?
Dla nas oprawa graficzna albumu jest równie ważna, co sama muzyka. Jestem wielkim miłośnikiem sztuki i komiksów – towarzyszą mi one przez całe życie. Chcę mieć pewność, że nasi fani otrzymają kompletny produkt! Coś, z czego posiadania będą naprawdę dumni. Powinni czuć, że ich pieniądze zostały dobrze wydane. To zawsze będzie dla nas priorytetem. Współpraca ze znanymi artystami jest przyjemna, ale dla mnie najważniejsze jest znalezienie kogoś, kto podziela moją pasję. To właśnie ona jest kluczowa – pasja. Ci ludzie muszą kochać to, co robią. Do dziś śledzę poczynania młodych, obiecujących twórców. Wierzę w tworzenie oprawy graficznej w tradycyjnym stylu – z wykorzystaniem talentu, umiejętności i wizji. Pieprzyć śmieci generowane przez sztuczną inteligencję! To przejaw lenistwa. Wokół jest przecież mnóstwo świetnych artystów!
W kontekście tych płyt właśnie, na najnowszą z nich („Faster than Death”) fani zmuszeni byli czekać aż 11 lat. Co było głównym powodem tak długiej przerwy oraz w którym momencie zdaliście sobie sprawę, że zgromadzony materiał jest w 100% gotowy, by ujrzeć światło dzienne?
W czasie przerwy sporo koncertowaliśmy! Dobrze jest nie wymuszać powstawania płyty na siłę. Rozumiem jednak potrzebę tworzenia nowej muzyki. Do studia trzeba wejść wtedy, gdy czuje się, że materiał jest wystarczająco dobry, by go nagrać. Nie da się tego zamknąć w sztywnych ramach czasowych. Tworzenie albumu przypomina gotowanie… Wymaga czasu i odpowiednich składników.
Nad brzmieniem nowej płyty czuwały dwie absolutne ikony: legendarny Max Norman oraz Wasz wieloletni współpracownik Bill Metoyer. Jak wyglądał podział ról w studio i jak ich połączone doświadczenie wpłynęło na ostateczne brzmienie utworów?
To bardzo ciekawe pytanie – dzięki, że to zauważyłeś. Czasami tak po prostu bywa. Mam wielkie szczęście, że możemy współpracować z tak legendarnymi postaciami, jak Max Norman (Loudness, Y & T, Ozzy Osbourne, Annihilator, itp.) i Bill Metoyer (Slayer, Armored Saint, Sacred Reich, Evil Dead, Trouble). Obaj mają świetną wizję muzyki heavymetalowej. Naprawdę nadali tej płycie potężne brzmienie, na czym nam bardzo zależało. Nagrywaliśmy w starym, dobrym stylu, w prawdziwym studiu, bez żadnych nowoczesnych bzdur – prawdziwe bębny, prawdziwe gitary i mój głos. Taki model świetnie się u nas sprawdza, ponieważ mamy materiał i aranżacje dopracowane wcześniej, więc gdy wchodzimy do studia, wszystko idzie gładko. Bill nagrywał z nami i czuwał nad całym procesem. Z kolei Max był przysłowiową wisienką na torcie – zajął się miksem albumu i wykonał niesamowitą robotę! Jeśli chodzi o nich obu jako producentów… Ich dorobek mówi sam za siebie.
Album zamyka się w niespełna 21 minutach spędzonych na bezlitosnej chłoście. Czy celowo zrezygnowaliście z jakichkolwiek „wypełniaczy”, stawiając na maksymalnie skondensowany, thrashowy atak?
Dokładnie tak zrobiliśmy. W tym przypadku – a zwłaszcza na tym konkretnym albumie – sprawdza się zasada „mniej znaczy więcej”. Muzyka powstawała w czasie pandemii, więc w brzmieniu tego krótkiego krążka słychać bijący z niego gniew.
Katon, Twój wokal zawsze wyróżniał się czystością i dynamiką na tle ekstremalnego krzyku innych wokalistów. Jaki był najbardziej nietypowy komplement, jaki usłyszałeś od fana lub innego muzyka na temat swojego głosu?
Zawsze starałem się być sobą. Na początku drogi, gdy dopiero zaczynałem śpiewać, zdałem sobie sprawę, że mam swój własny, unikalny styl. I tego się przez lata trzymałem. To miłe, gdy ludzie zauważają, że mam własny głos, styl i tożsamość. Często słyszałem to przez te wszystkie lata bycia frontmanem. Śpiewam już od ponad 40 lat, a mój głos wciąż ewoluuje – bardzo to sobie cenię i staram się rozwijać tak długo, jak tylko będę na tym świecie. Obecnie pracujemy nad siódmym albumem studyjnym HIRAX. Myślę, że fani będą mile zaskoczeni poziomem, na jaki wznosimy naszą muzykę.
A jak brzmi najdziwniejsza lub absurdalna plotka, jaką kiedykolwiek usłyszeliście na temat zespołu HIRAX?
Że jesteśmy z Bay Area. Choć kochamy ten region i zawsze będziemy go kochać… To tak naprawdę pochodzimy z Południowej Kalifornii i zawsze stamtąd byliśmy. Z biegiem lat po prostu przestaliśmy z tym polemizować.
Wspominaliśmy już o komiksach, stąd też zastanawiam się na koniec - gdyby powstał film anime albo komiks właśnie o Waszym zespole, jakie supermoce posiadaliby jego muzycy?
Moją supermocą byłoby wywoływanie eksplozji za pomocą głosu. Nasz perkusista, Matt, ma już swoją supermoc – piorunujące bębny. Allan, nasz basista i gitarzysta, byłby multiinstrumentalistą dysponującym bronią. Z kolei gitarzysta Geremi zmieniałby się w goryla… Potężniejszego niż Donkey Kong.
Zdjęcia: materiały prasowe.


0 Komentarze