Devils Henchmen - brytyjski zespół muzyczny grający thrash metal i crossover thrash, który powstał w 2015 roku w Liverpoolu. W swoim dorobku płytowym, grupa ma już jeden pełnoprawny album oraz kilka płyt EP. Najnowszy singiel formacji - utwór „Crossfire” trafił do streamingu w sierpniu 2026 roku. O premierze piosenki i historii zespołu porozmawiałem z basistą Elliottem Kyriakidesem oraz gitarzystą Dylanem Ware. Zapraszam do lektury wywiadu.
Wasze portfolio koncertowe obejmuje występy w tak odmiennych kulturowo miejscach, jak Dubaj, Portugalia oraz Wyspa Man. Czy reakcje publiczności na Waszą muzykę różnią się w zależności od szerokości geograficznej?
Elliott Kyriakides: Szczerze mówiąc – nie bardzo! Jedną z rzeczy, które uwielbiamy w scenie muzycznej, jest jej globalny charakter. Widzieliśmy, jak ludzie wszczynają moshpity i tańczą „two-step” zarówno u siebie, jak i za granicą. I choć ludzie oraz otoczenie mogą się różnić, miłość i pasja do muzyki pozostają takie same, gdziekolwiek się udasz. Nie możemy się doczekać, by w przyszłości zobaczyć to w jeszcze większej liczbie miejsc.
Dzieliliście scenę z absolutnymi legendami gatunku, takimi jak Cro-Mags, D.R.I., czy Discharge. Które z tych spotkań wywarło na Was największy wpływ pod kątem profesjonalnego podejścia do budowania widowiska?
Elliott: Zawsze można się czegoś nauczyć od legendarnych zespołów, które zajmują się tym zawodowo od bardzo dawna, ale jeśli musielibyśmy wskazać jeden przykład, to szczególnie zapadł nam w pamięć Harley Flanagan z Cro-Mags. To naprawdę sympatyczny człowiek. Znalazł czas, by przedstawić się nam i innym zespołom supportującym, a w swoich działaniach wykazał się pełnym profesjonalizmem.
Fani zauważają w Waszej muzyce unikalny mariaż precyzji wczesnej Metalliki z wokalną ekspresją sceny hardcore punk. Jak udaje się Wam pogodzić te dwa skrajne podejścia do rytmiki oraz melodyki i sprawdzić, aby współgrały w studiu?
Elliott: Pisząc muzykę, często myślimy w kategoriach: „Jesteśmy wielkimi fanami zespołu X – jak oni by do tego podeszli?”. Szczerze mówiąc, w kwestii łączenia thrash metalu z hardcore’em czerpiemy mnóstwo inspiracji od zespołów grających crossover thrash, takich jak Carnivore, Power Trip, czy Killing Frost. Uważamy, że thrash i hardcore to pod pewnymi względami dwie strony tego samego medalu, a znalezienie sposobu na ich udane połączenie daje ogromną satysfakcję. Jak w każdym gatunku muzycznym, przejścia między poszczególnymi sekcjami i łączenie pomysłów muszą być płynne, ale – podobnie jak każdy zespół – lubimy przetestować różne koncepcje, zanim ostatecznie zdecydujemy się na konkretne rozwiązanie w utworze.
Wasz najnowszy singiel „Crossfire”, swoim tytułem, sugeruje sytuację bez wyjścia, znalezienie się w ogniu krzyżowym. Jaki konflikt – wewnętrzny lub społeczny – staraliście się w nim zobrazować?
Dylan Ware: Prawie wszystkie zespoły, które nas inspirują, wykorzystują swoją twórczość do poruszania tematu konfliktów i polityki. To podejście zmotywowało nas do wykorzystania naszej „platformy” do mówienia o ważnych dla nas sprawach ze świata rzeczywistego. Na świecie toczy się dzieje się wiele złego. To właśnie trwające wojny i ludobójstwa stały się inspiracją dla utworu „Crossfire”. Tekst opisuje żołnierza walczącego po stronie inicjującej jeden z takich konfliktów, który musi zmierzyć się z rzeczywistością swoich czynów i uświadamia sobie, jak bardzo został oszukany i zmanipulowany, by wziąć udział w walce. Na przykład wers „melee fades to murder” (walka wręcz zmienia się w morderstwo) ma zobrazować moment, w którym dopada go poczucie winy za popełnione czyny. To, co początkowo wydawało się odważną służbą na rzecz ojczyzny, ustępuje miejsca przerażającej prawdzie o sytuacji – staje się zwykłym morderstwem. „No deception, no deliverance” (brak złudzeń, brak wybawienia) – z taką świadomością zostaje żołnierz w tym kluczowym momencie. Mamy nadzieję, że ludzie w podobnej sytuacji w końcu dostrzegą prawdziwy charakter swoich działań.
Krótkie zapowiedzi wideo do tego singla wywołały spore poruszenie w Waszych mediach społecznościowych. Czy wspomniany „Crossfire” ma potencjał, by stać się nowym hymnem Waszych koncertów i stałym ich punktem?
Elliott: Gramy ten utwór na koncertach już od jakiegoś czasu i zawsze spotyka się on ze świetnym przyjęciem. Mamy nadzieję, że skoro fani mogą teraz słuchać wersji studyjnej w dowolnym momencie, jeszcze bardziej docenią ten kawałek na żywo i będą się przy nim bawić w bardziej szalonych młynach! Nie przewidujemy, by utwór ten miał w najbliższym czasie zniknąć z naszej setlisty.
Liverpool - Wasze rodzinne miasto - to globalna stolica melodyjnego popu i indie rocka. Zastanawiam się więc, czy tworzenie bezkompromisowego metalu w cieniu dziedzictwa The Beatles wymagało od Was przyjęcia roli outsiderów na rodzimej scenie?
Elliott: The Beatles z pewnością rzucają długi cień. Liverpool to fantastyczne miasto muzyki, ale – co zrozumiałe – kulturowo bywa czasem zdominowane przez ten jeden zespół. Nie chcę im w żaden sposób umniejszać, to legendy, a wielu z nas w zespole to również ich fani! Uważam jednak, że w brytyjskiej branży muzycznej metal jest z definicji gatunkiem niszowym, stojącym niejako na uboczu głównego nurtu. Mercury Prize – prestiżowa brytyjska nagroda muzyczna – celowo pomija metal, traktując go jako muzykę dla wąskiego grona odbiorców. Podobnie wygląda sytuacja z wieloma lokalnymi festiwalami; organizatorzy nie są zbyt zainteresowani zapraszaniem zespołów metalowych. W porządku jednak – liverpoolska scena metalowa jest obecnie w najlepszej kondycji od lat, mamy świetne lokalne środowisko, które dynamicznie się rozwija, więc niekoniecznie potrzebujemy akceptacji ze strony innego środowiska, kierującego się własnymi priorytetami.
Pytam, bowiem slyszałem że scena undergroundowa w Wielkiej Brytanii bywa hermetyczna. Który element tradycyjnego brytyjskiego metalu odrzucacie w swojej twórczości z premedytacją, a który pielęgnujecie z należnym mu szacunkiem?
Elliott: Można się wiele nauczyć od zespołów z dłuższym stażem. Staramy się czerpać z ich przykładu to, co najlepsze. Obserwując grupy, które działają na scenie znacznie dłużej od nas, próbujemy przejąć ich etykę pracy i oddanie sztuce. Trudno wskazać konkretne praktyki innych zespołów z naszego gatunku, które byśmy odrzucali, ale z pewnością sprzeciwiamy się przerostowi ego. Chcemy pracować i prezentować się z szacunkiem, bez kierowania się właśnie nim. Ostatecznie liczy się przede wszystkim muzyka i występ na żywo. Nadmierne ego, czy klasyczny wizerunek „gwiazdy rocka” to rzeczy, które nas nie interesują.
Przeszliście drogę od małych pubów po wielkie sceny w Wielkiej Brytanii i za granicą. Co w miarę upływu lat staje się dla Was trudniejsze: napisanie dobrego, chwytliwego riffu, czy utrzymanie w sobie tej samej, młodzieńczej wściekłości?
Elliott: Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że z biegiem czasu ta wściekłość tylko przybiera na sile! Obecnie czujemy, że tworzymy nasz najszybszy, najcięższy i najbardziej gniewny materiał w dotychczasowej karierze. Jesteśmy niezwykle dumni z nadchodzącego albumu i nie możemy się doczekać, aż go wydamy. Trzy single, które już się ukazały, dają pewne wyobrażenie o kierunku, w jakim zmierzamy, ale niecierpliwie czekamy, by podzielić się resztą utworów. Choć z wiekiem staramy się zachowywać nieco rozsądniej przed koncertem - może wypijamy o jedno, czy dwa piwa mniej i wykonujemy więcej ćwiczeń rozciągających. Trudno dać energetyczny występ, gdy naciągnie się mięsień, a na piwo zawsze znajdzie się czas po koncercie.
Kontynuując ten wątek - co więc obecnie staje się największym paliwem dla Waszego gniewu? Czy jest to frustracja polityczna, egzystencjalna, a może czysta, artystyczna chęć przesuwania granic ciężaru?
Elliott: To świetne pytanie. Prawdę mówiąc, to mieszanka obu tych rzeczy. Muzycznie – podobnie jak wielu naszych kolegów po fachu – jesteśmy wielkimi fanami Slayera. Tak bardzo i tak wcześnie przesunęli oni granice gatunku, że aż trudno uwierzyć, iż album „Reign in Blood” ma już 40 lat. Staramy się w podobny sposób rozwijać siebie i naszą muzykę, wyciskając maksimum możliwości z niszy, w której działamy. Oczywiście długa droga przed nami, zanim będziemy mogli w pełni równać się z taką kapelą, ale staramy się czerpać wzorce z nich oraz z innych zespołów thrashowych i hardcore’owych, które przełamują schematy. Jeśli chodzi o frustrację, to wiele naszych tekstów i kompozycji dotyka kwestii osobistych oraz społecznych, które budzą w nas gniew. Nie jesteśmy zespołem głoszącym polityczne hasła, ale nasza muzyka z pewnością odzwierciedla frustrację towarzyszącą życiu w świecie, który z każdym dniem zdaje się popadać w coraz większe szaleństwo.
Czy mieliście w Waszej karierze taki moment, w którym myśleliście: „Gdybyśmy wtedy podjęli inną decyzję, Devils Henchmen byłby dziś w zupełnie innym miejscu”?
Elliott: Najważniejszą decyzją, jaką chyba podjęliśmy, było przejście na czteroosobowy skład. Zanim dołączył do nas Dylan, jako gitarzysta prowadzący, byliśmy trio grającym muzykę łączącą tradycyjny heavy metal z thrashem. Dzięki drugiej gitarze i nowym pomysłom zdecydowanie zaczęliśmy zmierzać w nowym kierunku muzycznym, docierając do punktu, w którym jesteśmy dzisiaj.
Cóż, kiedyś sukces zespołu mierzyło się kontraktem z wielką wytwórnią płytową. Wy jednak wybraliście inną, niezależną ścieżkę. Czy z perspektywy czasu wciąż uważacie, że pełna wolność artystyczna jest warta rezygnacji z szerokiej, komercyjnej promocji?
Elliott: W tej chwili – zdecydowanie tak. Nie jesteśmy całkowicie przeciwni pomysłowi podpisania kontraktu płytowego, ale musiałaby to być propozycja przynosząca nam wymierne korzyści. Jesteśmy bardzo dumni z tego, co udało nam się osiągnąć działając w dużej mierze metodą DIY (własnymi siłami), i chętnie będziemy to kontynuować, ale gdyby pojawiła się oferta pozwalająca nam dotrzeć do szerszej publiczności i zwiększyć liczbę koncertów, z pewnością byśmy ją rozważyli. Jednakże, gdyby wiązało się to z jakimkolwiek uszczerbkiem dla naszej integralności artystycznej, czy samej muzyki, bez wahania byśmy ją odrzucili.
Jaki jest zatem największy mit o niezależności artystycznej, który brutalnie zweryfikowało Wasze ponad 10-letnie doświadczenie w undergroundzie?
Elliott: Może to, że tylko ciężka praca gwarantuje sukces! Z pewnością pewną rolę odgrywa też szczęście,
ale jak to mówią: im ciężej pracujesz, tym więcej masz szczęścia.
Wyobraźcie sobie teraz, że ekscentryczny miliarder oferuje Wam milion funtów za koncert, pod warunkiem, że przez cały występ będziecie udawać radosny zespół disco. Wchodzicie w to?
Elliott: Myślę, że tak! Milion funtów za kilka godzin robienia z siebie błazna i dobrą zabawę pozwoliłby sfinansować mnóstwo nagrań i tras koncertowych. Zdecydowanie traktujemy siebie i naszą muzykę bardzo poważnie, ale ważne jest też, by czasem się pośmiać – zwłaszcza gdy w grę wchodzą takie pieniądze.
A gdybyście musieli zamienić jeden wybrany utwór z Waszej dyskografii w numer z musicalu na Broadwayu, który z tych kawałków miałby najbardziej komiczny potencjał?
Elliott: Prawdopodobnie „Grimace”. To piosenka o przerażających skutkach zmian klimatu, więc bardzo ciekawe i zabawne byłoby zobaczenie takich tematów w formie numeru musicalowego.
Zdjęcia: materiały prasowe.


0 Komentarze