W ogniu 10 pytań: Anasarca
Anasarca – niemiecka formacja deathmetalowa z ponad trzydziestoletnim stażem. W ich artystycznym portfolio znajduje się 5 albumów, z których ostatni – płyta „Achlys” – ukazał się w kwietniu 2026 roku. Na tę okazję, moim rozmówcą, był wokalista i lider formacji Michael „Mike” Dormann. Stanął on w ogniu 10 pytań, by odpowiedzieć na nie z charakterystyczną dla siebie szczerością. A ja zaś szczerze polecam naszą konwersację.
Wasz najnowszy album, zatytułowany „Achlys” ukazał się w
kwietniu br. Jak sami przyznajecie, jego głównym motywem jest żałoba. Dedykujecie
to dzieło wszystkim członkom rodziny i przyjaciołom, którzy odeszli w ostatnich
latach. W swojej twórczości nigdy nie unikaliście trudnych tematów, jednak, czy
biorąc pod uwagę znaczenie, jakie przypisaliście tej płycie, proces jej powstawania
stanowił dla Was wyzwanie?
Inspiracją dla tego pomysłu była ostatecznie śmierć bliskich
i przyjaciół. Na własnej skórze przekonaliśmy się, jak trudna i przytłaczająca
jest taka strata oraz jak wielki ból ze sobą niesie. Uważam, że skoro każdego
to kiedyś spotyka, stanowi to najbardziej namacalny koszmar, jakiego może
doświadczyć człowiek.
Znałem ból, który sam odczuwałem, ale chciałem też pokazać
słuchaczom, przez co przechodzą ludzie tracący rodziców, dzieci, partnerów czy
nawet ukochane zwierzęta. Dlatego zacząłem szukać tekstów pisanych przez osoby
pogrążone w żałobie – słów, które przelały na papier, by poradzić sobie ze
stratą.
Podczas produkcji największym wyzwaniem okazało się
nagrywanie wokali; kiedy wykonuje się utwory techniką growlu – napędzanym
adrenaliną – czuje się jeszcze głębszą więź z materiałem. Emocje wracały ze
zdwojoną siłą, a w przypadku niektórych tekstów – jako ojciec – potrafiłem tak
mocno utożsamić się z osobą, która straciła dziecko, że nie potrafiłem
powstrzymać łez podczas śpiewania.
Doskonałym przykładem myśli przewodniej albumu – o której
już wspominaliśmy – jest utwór „In Memoriam”, który porusza tematykę śmierci i
upływu czasu. Głębia Waszych tekstów skłania mnie do pytania o ich genezę: czy
poruszane przez was tematy są wynikiem zbiorowej refleksji, czy też jest wśród
was lider, który wyznacza kierunek? Toruje liryczną ścieżkę dla pozostałych
członków zespołu?
Nie, teksty i koncepcje zawsze były moją odpowiedzialnością.
Pozostali członkowie zespołu – z wyjątkiem Carstena, który również brał udział na
albumie „Survival Mode” – nigdy nie pracowali nad tego typu koncepcją z innymi
zespołami.
Ponieważ to ja śpiewam, ustalam ogólny temat z pozostałymi,
ale od tego momentu zajmuję się tym, co uznam za stosowne. Wszystkie teksty,
których używam, są napisane przez innych, dostosowuję je jedynie do utworów. Tak
jest chociażby w przypadku „In Memoriam”, którego tekst pojawił się pierwotnie
w zbiorze poezji Alfreda Tennysona.
Popraw mnie, jeśli się mylę, ale natknąłem się na
informację, że słowo „Achlys” pochodzi ze starogreckiego i oznacza „ciemną
mgłę”. Być może nie to mieliście na myśli nagrywając tytułowy utwór, ale jeśli
spojrzymy na życie przez pryzmat tej ciemnej mgły właśnie, jaki jest sens
naszego istnienia? Czy widzisz gdzieś na końcu tego tunelu jakieś światło,
które mogłoby dać ludziom nadzieję?
Jestem ateistą, więc takie eksperymenty myślowe to tylko
fikcja. Podoba mi się pomysł – i chciałbym go tak postrzegać – że kiedy ludzie
tęsknią za postacią taką jak „Achlys” lub ogólnie „Bogiem” i znajdują spokój
lub pokonują strach dzięki tej wierze, to rzeczywiście działa. Ale tak nie
jest.
Wiem, że mój ojciec został skremowany, że skończył w morzu i
już nie wróci. Moja matka myśli, że wysyła jej znaki w pewnych sytuacjach. Kto
jest w lepszym położeniu? Ja – który zamknąłem ten rozdział i teraz poświęcam
się swojemu życiu, starając się być dobrym człowiekiem, partnerem i ojcem - czy
moja matka, która przechodzi przez fazy, w których wierzy, że zmarli wysyłają
jej znaki, a nawet próbują ją chronić jak aniołowie stróże?
Myślę, że każdy przetwarza śmierć na swój własny sposób i
każdy powinien robić to, co uważa za stosowne, pod warunkiem, że nie obraża
innych. Czy mam nadzieję dla ludzkości? Nie. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że
ludzie w końcu wyginą i – będąc pasożytami – pozwolą planecie się zregenerować.
Dopóki żyję, staram się być dobrym ojcem, partnerem i przyjacielem dla ludzi, których lubię i kocham; to, co będzie dalej, jest poza moją kontrolą. Mogę tylko obiecać, że będę pisał deathmetalowe piosenki jeszcze przez kilka lat, a potem to będzie koniec. Obrócę się w popiół, zostanę gdzieś rozrzucony i przejdę do historii.
Rok temu świętowaliście dwudziestolecie istnienia zespołu.
Mimo to, od wydania poprzedniej płyty minęła niemal dekada. Z czego to
wynikało? Powiedzmy sobie szczerze: fani waszej muzyki zdążyli się w
międzyczasie zestarzeć...
Tak naprawdę minęło już 31 lat (śmiech – przyp. red.). Po
nagraniu „Survival Mode” napotkaliśmy problemy z salą prób; potem nasz ówczesny
perkusista, Dirk, miał kłopoty zdrowotne i ostatecznie odszedł z zespołu. Musieliśmy
więc znaleźć nowe miejsce do prób, całkowicie je wyposażyć, znaleźć nowych
członków i napisać utwory. I – trach – minęło osiem lat.
Właściwie nowy album mamy gotowy już od prawie roku, więc
liczę sobie tylko tę ośmioletnią przerwę. Zarówno my, jak i nasi fani się
zestarzeliśmy, ale patrzę na to tak, jak na dobre wino: ono nie tylko się
starzeje – ono zyskuje na jakości (śmiech – przyp. red.).
Te trzydzieści lat na scenie to świetna okazja do podsumowań
– do oceny tego, co osiągnęliście, i tego, czego jako zespół możecie żałować.
Jakie są zatem wasze najmilsze wspomnienia z historii Anasarca? Które
wydarzenie lub występ zapadły wam w pamięć, jako prawdziwie „złoty moment”?
Najlepsze chwile przeżyłem, zanim dołączył do mnie obecny
skład. Nie jest to jednak zarzut wobec chłopaków – obecny skład jest
najlepszym, jaki kiedykolwiek miałem. Ale chodziło o takie rzeczy jak pierwsza
trasa koncertowa, pierwszy kontrakt płytowy, pierwsze gadżety... Wszystkie te
nowe doświadczenia były niesamowite. Oczywiście i dziś przeżywamy niezapomniane
chwile, jak choćby występ na Netherlands Deathfest... Co osiągnęliśmy? Szczerze
mówiąc: nic, albo powiedzmy – niewiele. Poza wydaniem wielu dobrych płyt. Nigdy
nie byliśmy „wielkim” zespołem. Nie graliśmy wielu koncertów ani nie
otrzymywaliśmy zbyt wielu propozycji występów. Do dziś jest z tym trudno.
Uważam, że „Achlys” to jak dotąd najlepszy album Anasarca, a jednak
zainteresowanie ze strony festiwali, czy promotorów koncertowych jest znikome.
Uważamy to za wielką szkodę, ponieważ uwielbiamy grać na żywo i jesteśmy w tym
znakomici – co można usłyszeć na naszym nowym albumie koncertowym z 2026 roku,
„Three Decades of Pure Death Metal”.
A czego żałujecie? Ja na przykład żałuję, że tak rzadko
wydajecie swoje albumy. Czy może macie podobne przemyślenia?
Nie. Wszyscy znamy zespoły, które wydają nowy album co roku
lub co dwa lata. Ale często mam wrażenie, że brzmią prawie tak samo – że tak
naprawdę nie mają nic nowego do powiedzenia…
Zawsze potrzebowaliśmy czasu, żeby umieścić dobre piosenki
na płycie, znaleźć i dopracować dobre teksty i tak dalej. Tak, osiem lat – a
nawet trzynaście lat wcześniej – między albumami to dużo czasu, ale dajemy
sobie tyle czasu, ile potrzebujemy. Prawdopodobnie uda nam się wydać szósty
album, zanim przejdziemy na emeryturę. Zobaczymy (śmiech – przyp. red.).
Wróćmy do Waszego nowego albumu. Został wydany przez polską
wytwórnię Selfmadegod Records. Jak oceniacie tę współpracę i jak do niej
doszło?
Po ukończeniu albumu skontaktowaliśmy się z ogromną liczbą
wytwórni – prawie 50. Czternaście z nich w końcu się do nas odezwało, a
Selfmadegod jako pierwszy odpowiedział, składając natychmiastową, atrakcyjną
ofertę. Ponieważ Karol jest od dawna fanem zespołu i wiedzieliśmy, że wydał
wiele świetnych albumów, nie musieliśmy się długo zastanawiać. Ostatecznie
mieliśmy trzy interesujące oferty i zdecydowaliśmy się na Selfmadegod.
Możliwość wydania albumu za granicą otwiera przed Wami nowe
perspektywy promocyjne. Jestem jednak ciekawy Waszych oczekiwań związanych z
premierą „Achlys”. Czy sam fakt powrotu po tak długim czasie jest wystarczającą
nagrodą za Wasz trud, czy też w miarę rozwoju sytuacji Wasze apetyty wzrosły?
Do tej pory wszystkie nasze albumy wydawaliśmy za granicą –
nigdy w niemieckiej wytwórni: w Hiszpanii, Danii, USA, a teraz w Polsce. Z
naszej strony nie mamy też jakichś szczególnych wymagań. Chcemy po prostu, aby
postanowienia umów były dotrzymywane. To w zasadzie wszystko. Osobiście, bardzo
chciałbym, żebyśmy częściej koncertowali. Mieliśmy pewną nadzieję, że zwłaszcza
Europa Wschodnia wykaże nami nieco większe zainteresowanie, biorąc pod uwagę,
że do tej pory graliśmy „tylko” w Czechach. Niestety, na razie tak się nie
dzieje.
To skoro mowa o apetycie – czy wciąż czujecie głód tworzenia
nowych rzeczy i przesuwania granic własnej kreatywności? Nowy album zdaje się
być początkiem tego procesu. Wracacie więc na dłużej?
Zobaczymy, jak potoczą się sprawy. Napisałem w życiu około
100 deathmetalowych utworów i wciąż podchodzę do tego z ogromną pasją. Jednak
ja i Alf (perkusja) mamy już ponad 50 lat. Carsten, mając 36 lat, jest
najmłodszym członkiem zespołu. Kiedy przejdziemy na emeryturę – i czy on będzie
wtedy kontynuował działalność – tego po prostu nie wiemy.
Nie dotarliśmy jednak jeszcze do końca drogi. Mamy nowe
pomysły, nawet jeśli nigdy nie zmienimy naszego stylu. Zawsze będzie można
rozpoznać, że to Anasarca. Na razie chcemy zobaczyć, jak kształtować się będzie
odbiór „Achlys” i czy pojawi się szansa na zagranie kilku kolejnych koncertów
lub występów na festiwalach.
Podsumujmy zatem tak, jak zaczęliśmy. Jakie jest obecnie
największe wyzwanie dla wykonawców deathmetalowych? Choć mnożą się sposoby
komunikacji z publicznością, czy te nowe standardy są w pełni akceptowalne dla
muzyków starej daty?
Poważnym problemem wielu zespołów jest to, że zaczęły brzmieć coraz bardziej podobnie do siebie, w rezultacie wiele z nich niestety brzmi monotonnie lub nieodróżnialnie od innych. W dzisiejszych czasach każdy zespół może nagrywać płyty w domu, nawet jeśli efekt końcowy często brzmi bardzo sterylnie, czy cyfrowo. My na przykład nagrywaliśmy gitary i perkusję przy użyciu sprzętu analogowego – co moim zdaniem faktycznie słychać na albumie „Achlys”. Znacznie więcej zespołów zgłasza się na festiwale, zabiega o recenzje i tak dalej.
Osobiście nie potrafię się przekonać do brutalnego,
technicznego death metalu. Potrzebuję prawdziwych piosenek – a nie tylko
utworów złożonych z 25 różnych riffów... Potrzebuję spójnej myśli przewodniej,
czegoś, co zapada w pamięć... Poważnym zagrożeniem jest sztuczna inteligencja.
Istnieją już „projekty metalowe” – bo waham się, czy nazwać je „zespołami” –
które budzą mój sprzeciw. Z drugiej strony, jestem już starym człowiekiem.
Bronię się przed systemami odsłuchu dousznego, wolę nagrywać analogowo, więc
nie jestem raczej typowym przedstawicielem dzisiejszej normy.
Zdjęcia: materiały prasowe.




Komentarze
Prześlij komentarz