W ogniu 10 pytań: Ferosity


Ferosity - warszawscy deathmetalowcy z bogatym doświadczeniem scenicznym. Założony u schyłku XX wieku zespół doczekał się już 5 albumów w swojej dyskografii, zaś ostatni z nich, płyta „De-Evolution” ukazała się w 2025 roku. O jej premierze oraz innych związanych z zespołem zagadnieniach opowiedział mi gitarzysta formacji Piotr „Habib” Pyrzanowski. Polecam lekturę kolejnego wywiadu z serii „W ogniu 10 pytań…”.


Tytuł Waszej ostatniej płyty brzmi „De-Evolution”. W nawiązaniu do niego, czy uważacie, że jako ludzkość cofamy się w rozwoju?

 

Może nie w całości, ale są takie aspekty, jak aktualnie dwie wojny, ogłupiające social media. Przeżyliśmy też 2 lata w pandemii… Na pewno nie jest to ewolucja godna XXI wieku.

 

Singlem promującym płytę jest apokaliptyczny „Last Breath”. Gdybyście mieli opisać wizualną stronę tego utworu komuś, kto jeszcze go nie słyszał, jak wyglądałby ten „ostatni oddech” świata?


Wyobraź sobie najlepszy film o apokalipsie ziemi, który jednak nie kończy się dobrze…

 

Przerwa pomiędzy „Revelation of Insanity” (2018), a „De-Evolution” była dosyć długa. Czy materiał na nową płytę rodził się w bólach i był wielokrotnie zmieniany, czy po prostu czekaliście na właściwy moment, by uderzyć z pełną siłą?


Zwyczajnie daliśmy sobie dużo czasu, aby przed studiem dopracować materiał, który jest raczej długi. Nagraliśmy w sumie 11 numerów, z czego 10 weszło na płytę, a cover Bolt Thrower wylądował na naszym YouTube. Rok czasu zeszło się też z fizycznym wydaniem płyty.

 

Wasze teksty dotykają mrocznych i bezwzględnych tematów. Jest to dla Was forma oczyszczenia? Swoiste katharsis z negatywnych emocji nagromadzonych 

w codziennym życiu?


Jest to raczej miks, teksty pisało trzech z nas, każdy miał swoje pomysły, które złożyły się w jedno coś, co można było nazwać „De-Evolution”. Niektóre z nich są personalne, jak „Demyeliation” lub „Slave Of Mine”, i może nawet jak powiedziałeś, oczyszczające.

 

Zdarza się zapewne, że oceniani jesteście przez pryzmat swojego scenicznego wizerunku. Jaki jest największy mit na temat muzyków deathmetalowych, który chcielibyście raz na zawsze obalić?


Szczerze mówiąc nie znam żadnego takiego mitu. Może chodzi o satanizm? Wiele starych zespołów death metalowych już od tego odeszło, to było bardzo modne w latach '90-tych. Teraz już nie do końca, ale jak zwykle to kwestia wyboru i nie nasz temat. Jeżeli chodzi o tzw. „image” sceniczny to chyba bardziej pytanie do kogoś, kto gra black metal - tam jest on czasami mocniejszy od samej muzyki (śmiech - przyp. red.).


 

Przeszliście przez lata kilka zmian na stanowisku wokalisty. Czy obecny skład Ferosity osiągnął już absolutny top jeśli chodzi o synergię i wspólne rozumienie muzyki?


Na pewno dobrze się rozumiemy muzycznie i nie zamierzamy zmieniać składu. Oprócz tego jesteśmy dobrymi kumplami od lat, więc jest to top, ale czy absolutny? 

 

Od samego początku (czyli od 1999 roku) Waszą największą inspiracją jest tradycyjna, amerykańska szkoła death metalu w stylu Cannibal Corpse, Deicide, czy Monstrosity. Co takiego ma w sobie death metal ubiegłego wieku, że po tylu latach ta formuła nadal Was fascynuje?


Dla mnie to była nowa jakość. Istniał podział na europejski death metal, szwedzki (tak wiem, że to też Europa), który w miarę dobrze się znało, ale uderzenie zza oceanu było większe. Początkowo namiętnie słuchałem kapel, które nagrywały w Morrisound, tam powstały materiały największych zespołów. To było coś, co od razu chwyciło chorymi melodiami, groove’m, miażdżącymi zwolnieniami tempa oraz świetnym brzmieniem. Nie wiem jak to lepiej opisać, bo to oczywiście kwestia gustu.

 

Pochodzicie z Warszawy. Czy stolica ze swoją betonową architekturą, szybkim tempem życia i wszechobecnym pędem ma jakikolwiek (choćby podświadomy) wpływ na Waszą twórczość?


Mogę tylko powiedzieć za siebie, że nie. To, o czym mówisz bardziej pasuje do centralnej części Warszawy, gdzie jestem tylko, gdy muszę. Tam rzeczywiście mogłoby to jakoś podświadomie wpływać na psychę (śmiech - przyp. red.). Ale nie wiem, czy konkretnie na muzykę.

 

Tak sobie myślę, że chyba każdy muzyk ma swoje „guilty pleasure” – czyli utwory lub gatunki muzyczne, których słucha w tajemnicy przed światem, a które zupełnie nie pasują do wizerunku metalowca. Kto w Ferosity ma najbardziej zaskakującą playlistę w telefonie i co się na niej znajduje?


Jedyne, co wiem, to że gitarzysta lubi szanty. Reszta raczej pozostaje w kręgu rocka i metalu.


Na sam koniec: gdyby „De-Evolution” miało być ostatnią płytą w historii ludzkości, jakie słowa chcielibyście przekazać swoim fanom, zanim zapadnie absolutna cisza?


„Posłuchajcie ostatni raz, ale od tyłu i znajdźcie «przekaz»” (śmiech - przyp. red.).



Zdjęcia: materiały prasowe.




Prześlij komentarz

0 Komentarze