Forbbiden - absolutna legenda światowego thrash metalu. Od chwili swego powstania (1988), grupa ma już na koncie 5 studyjnych krążków. Najnowszy z nich - album „Forbbiden” trafi na półki sklepowe w drugiej połowie roku, a ja jego premiera przewidziana jest na 23 października. Powyższa okoliczność sprawiła, że miałem ogromną przyjemność spotkania z wokalistą zespołu Normanem Skinnerem oraz gitarzystą i założycielem formacji Craigiem Locicero. Zapis naszej rozmowy znalazł się poniżej, a ja bardzo serdecznie zachęcam do jego lektury.
Craig Locicero: Ani trochę (śmiech – przyp. red). Muszę przyznać, że dotychczas uważałem to za kompletną bzdurę, ale przez to wszystko znacznie trudniej jest przykuć uwagę młodszego pokolenia. Skupiają się oni głównie na tym, co rzuca się w oczy na ułamek sekundy, a potem znika. Taka jest po prostu rzeczywistość. Ludzie, dla których gramy i którzy faktycznie słuchają naszej muzyki, to ci, którzy żyją daną płytą, chłoną ją i pozwalają jej w sobie dojrzeć. Jest ich coraz mniej, ale wciąż istnieją – także w kontekście zespołu Forbidden. Są i tacy, którzy chcą usłyszeć tzw. „deep tracks”, czyli mniej oczywiste, głębsze utwory. Uważam, że Forbidden to zespół pełen takich właśnie kompozycji. Dla nas każdy utwór jest ważny i głęboki, choć oczywiście zdarzają się też chwytliwe refreny, które stanowią pewną normę. To po prostu inny świat, ale udało nam się w nim odnaleźć.
Norman Skinner: Powiedziałbym tylko, że w dobie streamingu i tym podobnych rzeczy sytuacja jest ciekawa. Ostatnio zauważam powrót do nośników fizycznych. Wiele osób znów chce kupować płyty CD i winyle. Zauważyłem też pewną rzecz – sam mam dwoje nastolatków, w tym szesnastolatka; dużo z nimi rozmawiam i wiem, że trzymają rękę na pulsie muzycznych wydarzeń. Mówili mi, że odczuwają pewnego rodzaju FOMO – lęk przed tym, że coś ich omija. Choć nazywają to inaczej: czują, że ich pokolenie przegapiło to, czego my doświadczyliśmy. My mieliśmy świetne czasy i myślę, że właśnie dlatego obserwujemy ten zwrot ku tradycyjnym nośnikom i modę na styl vintage. Cyfrowy świat nie do końca im odpowiada. Widzą, jak fajnie było w latach ‘80-tych i ‘90-tych. To naprawdę interesujące zjawisko.
Craig: To świetna uwaga. Druga strona medalu jest taka, że wielu młodych ludzi faktycznie zmaga się z tym FOMO. Wcześniej o tym nie myślałem, ale to prawda – oni naprawdę starają się odtworzyć klimat tamtych czasów. Żadnemu pokoleniu się to nie uda – to absolutnie niemożliwe – ale fajnie jest patrzeć na te próby. To po prostu ciekawe, a czasy są już inne. My nie mieliśmy aż tylu zajęć. W zasadzie tylko słuchaliśmy muzyki, chodziliśmy do centrum handlowego albo oglądaliśmy filmy. I tyle – no, może jeszcze, nie daj Boże, chodziliśmy na randki. Robiliśmy rzeczy, z którymi dzisiejszym dzieciakom jest o wiele trudniej. Szczerze mówiąc, jest mi ich żal. Naprawdę. Bardzo współczuję temu pokoleniu. Pokolenie Z, AA, podwójne A czy jakkolwiek je tam nazwą – mają ciężko.
Pytam nie bez kozery, bowiem scena Bay Area to absolutny fundament światowego thrashu. Gdy patrzycie na nową generację zespołów, czy widzicie w nich ten sam głód i bunt, który towarzyszył początkom Waszego istnienia?
Craig: Pozwól, że ja na to odpowiem, bo właśnie do tego zmierzałem. Tak naprawdę nie da się wrócić do tamtych czasów, bo nasze myśli krążyły wokół konkretnych tematów. Na początku thrash metalu wszystko kręciło się wokół wojny nuklearnej i diabła. Myśleliśmy tylko o wizji wojny nuklearnej i o szatanie. Potem to niby odeszło – a właściwie nigdy nie zniknęło całkowicie, tylko zeszło na dalszy plan świadomości. I oto znów jesteśmy w tym samym punkcie. ludzie może nie myślą o wojnie nuklearnej tak intensywnie, ale ryzyko jest większe niż kiedykolwiek. Myślę, że ta nadmierna wrażliwość na wszystko, co dzieje się dookoła, odciąga ludzi od skupienia się na jednej rzeczy. Obserwuję więc, jak bardzo się starają – te dżinsowe kamizelki, buty za kostkę... Wolę patrzeć na to, niż na ten cały syf, w jaki ubierają się dzisiejsze dzieciaki. Mam więc mieszane uczucia: lubię to obserwować. Te zespoły są świetne, bo wchodzą do gry i dołączają do takich grup jak Forbidden. Świetnie jest patrzeć, jak próbują złapać ten klimat i odtworzyć tamtą atmosferę – na ile to możliwe, choć tak naprawdę jest to niemożliwe.
Norman: Zdecydowanie. Wiesz, kiedy jesteś dzieciakiem i pojawiają się nowe zespoły, czujesz ten głód. Ale te dzisiejsze kapele nie tworzą niczego nowego. Pokolenie Craiga – te wszystkie thrashowe ekipy – stworzyło nowy styl, nowy wizerunek, wszystko od nowa. Dzisiejsze zespoły raczej naśladują tamte wzorce, chcą być jak idole, na których się wychowali. A tak na marginesie, Craig – koniecznie musimy nazwać nasz kolejny album „Nuclear War and the Devil” (śmiech – przyp. red.).
Craig: Dzieje się też coś dziwnego z dzisiejszymi dzieciakami – sami jesteśmy tego świadkami. Obserwujemy, jak kłócą się o nasze grafiki, zakładając, że to dzieło sztucznej inteligencji, bo wyglądają zbyt dobrze. A my się tylko śmiejemy, bo... Kurczę, istnieją tacy samozwańczy strażnicy gatunku, gotowi bić się na śmierć i życie o rzeczy, w których kompletnie nie mają racji. Myślimy sobie: „Hej, kłóćcie się między sobą, jeśli chcecie”, ale ci młodzi strażnicy często nawet nie wiedzą, o co walczą. Pewnie w niektórych przypadkach mają rację, ale w naszym – nie.
Wasze pierwsze albumy - „Forbidden Evil” i „Twisted Into Form” są dziś uznawane za absolutny kanon gatunku. Czy po tylu latach ta własna, legendarna poprzeczka jest dla Was motywacją, czy raczej ciężarem podczas pisania nowego materiału?
Craig: Dla mnie to przede wszystkim motywacja. Mam jednak specyficzne podejście – Norm może to potwierdzić – nie rozpamiętuję przeszłości, ani w niej nie żyję. Skupiam się raczej na chwili obecnej. Jestem jedynym członkiem zespołu, który jest w nim od samego początku – no, może poza Mattem (Camacho – przyp. red.), ale to ja trwam w nim nieprzerwanie od startu. Widziałem, jak wszystko powstaje, przemija, znika i wraca. To dla mnie zaszczyt, że ludzie wciąż tak bardzo kochają te płyty. To wiąże się z tym, o czym mówił Norm w kontekście gustów młodych fanów: cenią oni tamtą surowość i agresję, więc starają się do nich nawiązywać. Podchodząc do tego albumu, nie traktowaliśmy tamtych dokonań jako ciężaru, lecz jako inspirację. Chcieliśmy nagrać materiał w podobnym duchu – nie wygładzać wszystkiego na siłę, zachować energię i tę pewną „szorstkość”, czy naturalność brzmienia. Chodziło o to, by tworzyć płyty tak, jak robiło się to dawniej, mimo że dziś korzystamy z techniki cyfrowej. W cyfrowym świecie też można przecież nie poprawiać każdego szczegółu, zostawić pewne rzeczy takimi, jakie są, i po prostu iść dalej, dodając kolejne elementy. Dokładnie tak nagrywaliśmy kiedyś na taśmę. I w ten sam sposób podeszliśmy do tego projektu.
Norman: Posiadanie takiej fajnej przeszłości to żaden ciężar. Możesz to wykorzystać na swoją korzyść. Dla mnie Forbidden zawsze było zespołem, który ewoluował – zmieniał się z płyty na płytę. Jasne, był ten debiut – „Forbidden Evil”, który uderzał z ogromną siłą… A potem nastąpił rozwój, ogromny skok jakościowy w kompozycjach na drugim albumie. Potem trzecia płyta poszła w bardziej progresywnym kierunku, a kolejna była bardziej agresywna, surowa i oparta na mocnym groove’ie. A potem jeszcze zespół zrobił sobie przerwę. Kiedy wrócili, wydali „Omega Wave” – płytę, która brzmiała nowocześnie, ale jednocześnie stanowiła kwintesencję wszystkiego, co stworzyli wcześniej. I czuję, że będąc teraz w zespole, robimy coś bardzo podobnego do tego, co osiągnięto wtedy. To nowoczesne brzmienie, które jednak łączy w sobie elementy „Omega Wave” i całej wcześniejszej twórczości. Usłyszysz tu przestery, pokręcone, złożone motywy, a w ostatecznym rozrachunku to wciąż jest Forbidden. Taki właśnie jest plan na ten zespół.
Craig: Tak, Norm ma stuprocentową rację. Wiesz, nie mam zbyt wielu zalet, ale jedną z nich jest świetne wyczucie równowagi. Wiem, kiedy wszystko jest odpowiednio wyważone. Kiedy pisaliśmy materiał, powtarzałem: „Potrzebujemy tego, potrzebujemy tamtego, to musi się równoważyć, musi brzmieć właściwie”. I teraz czuję, że ta płyta jest cholernie dobrze wyważona. Ma w sobie wszystko z przeszłości. I nawiązania do tego prawdziwego heavy metalu, który kochaliśmy jako dzieciaki – to wszystko przywołuje ducha Judas Priest, czy Iron Maiden.
Norman: Podoba mi się ta równowaga, o której mówił Craig. Robimy numer w średnim tempie, który wbija w fotel, potem coś, co dosłownie rozsadza głowę, a następnie kawałek nieco bardziej techniczny – może nawet spokojniejszy. Dzięki temu powstaje zrównoważony album, który zabiera słuchacza w podróż, zamiast serwować w kółko to samo. To jak słuchanie kiepskiego zespołu power-metalowego: przez cały czas tylko podwójna stopa i każdy utwór brzmi tak samo. To właśnie jedna z rzeczy, które uwielbiam – i zawsze uwielbiałem – w Forbidden: tu nie ma mowy o monotonii, zawsze dostajesz różnorodność.
Craig: Dla każdego znajdzie się odbiorca; są ludzie, którzy wolą muzykę, jako tło – po prostu chcą, żeby sobie grała, bo lubią taki klimat. Forbidden wymaga uważnego słuchania.
A propos nowości, Wasz najnowszy studyjny album zatytułowany po prostu „Forbidden” pojawi się aż 16 lat po premierze poprzedniego krążka. Skąd taki pomysł na „self-titled”? Czy to symbol nowego początku? Słyszałem bowiem opinię, że jeśli zespół nazywa płytę swoją nazwą, znaczy to, że nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Co o tym sądzicie?
Craig: Po pierwsze – faktycznie nie mamy zbyt wiele do powiedzenia (śmiech - przyp. red.). To kolejna kwestia: talent liryczny tego zespołu. W zasadzie to ja pisałem 90% tekstów, począwszy od płyty „Twisted Into Form”. Kiedy dołączył Norm, odbyliśmy rozmowę, w której powiedziałem: „Wiesz, jak to zrobię? Podrzucę ci kilka pomysłów”. Skończyło się na tym, że on odsyłał mi pomysły oparte na moich własnych, ale ciekawsze dla mnie samego. Myślę, że ostatecznie świadomie zdecydowaliśmy, że to nasze odrodzenie i początek nowej ery zespołu. I nie chodziło o brak pomysłów. Pomysłów było może nawet za dużo, a to wydawało się dobrym momentem na swoisty reset. Z oryginalnego składu zostało niewielu członków. Tylko ja i Matt. Jedyną stałą rzeczą od samego początku jestem więc ja i moje kompozycje. To nowy rozdział w historii zespołu i wyraźny sygnał dla wszystkich: „Hej, to już nie jest „Forbidden” w wydaniu waszej babci” (śmiech – przyp. red.).
Craig: Idealnie. Kocham Zacha i rozumiemy go tak dobrze, jak nikt inny. Pracowałem z nim w przeszłości, nad materiałem Dressed in the Dead. Z kimś takim jak Zach, można zrobić wszystko i dlatego był współproducentem albumu. Do tego jest niesamowicie inteligentny, co sprawia, że potrafi go ponieść potok myśli: ty coś mówisz, on odpowiada, a potem trzeba się przez to wszystko przebić, żeby wrócić do tego, co pierwotnie chciało się zrobić. I tak właśnie wyglądała praca nad tym albumem. Jest chyba najlepszym i najszybszym realizatorem dźwięku, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Świetnie radzi sobie też z miksem. Trzeba tylko nawiązać z nim kontakt, pogadać, dokładnie powiedzieć, czego się chce i jak to ma wyglądać – a on to zrobi, dokładnie tak, jak sobie wymarzyłeś. Mam do niego ogromny szacunek.
Norman: To świetny gość. Uwielbiam to, że otwarcie wyraża swoje zdanie. Jeśli ma jakiś pomysł, to go zgłasza – nie siedzi cicho. Czujesz, że to nie jest tylko jakiś facet, któremu płacimy, jakiś gość kręcący gałkami i przesuwający suwaki. Podczas pracy z nami naprawdę widać było, że zależy mu na efekcie końcowym i że jest emocjonalnie zaangażowany w te piosenki. To ważne, kiedy masz kogoś, kto tak głęboko wchodzi w temat razem z tobą, kto jest częścią zespołu i wspólnie z tobą pracuje nad stworzeniem czegoś niesamowitego.
Singlem promującym album jest „Psyclops”, napisany jako „hipnotyzujący numer z mocnym rytmem”. Co takiego było Waszą inspiracją do stworzenia tak wyrazistego, marszowego konceptu?
Craig: Cóż, przede wszystkim ten otwierający riff – to jedyny niewykorzystany wcześniej riff z początków zespołu Forbidden. Napisałem go w 1990 roku. Pewnego dnia przeglądałem stare pomysły i zdałem sobie sprawę, że ten konkretny nigdy nie został wykorzystany. Nigdy nie trafił też do żadnego utworu, więc od tego wszystko się zaczęło. Pokazałem go Jeremy’emu – pracowaliśmy wtedy nad ostatnią partią piosenek w jego domu – i kiedy go zagrałem, zapytał: „Co to jest?”. Powiedziałem: „To stary, a zarazem nowy pomysł”. I tak napisaliśmy do tego utwór. Często u mnie bywa tak, że gdy powstaje muzyka, od razu pojawia się pomysł na tytuł i koncepcję. Brzmiało to jak hipnotyzujący marsz, więc rzuciłem hasło: „Norm of Cyclops”, ale z zapisem „PsyOps” – w nawiązaniu do kontroli umysłu za pomocą przekazów podprogowych i usypiania czujności ludzi, usypiania ich „trzeciego oka”. Rzuciłem mu ten pomysł, a on zrobił swoje i wyszło coś znacznie lepszego, niż zakładałem.
Norman: Podchwyciłem pomysł Craiga. Sposób, w jaki opowiedział mi o filmie *Oni żyją* (*They Live*), sprawił, że od razu załapałem, o co mu chodzi. Wszystko złożyło się w całość. Szczerze mówiąc – chyba nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale uważam, że jako duet tworzący teksty jesteśmy fenomenalni. Uwielbiam to, że nie muszę się głowić nad wymyślaniem fajnego tytułu, czy koncepcji. On podaje mi wszystko na tacy, a ja mogę powiedzieć: „Super, zajmę się warstwą tekstową”.
Craig: To spełnienie marzeń autora piosenek – mieć kogoś, komu można coś podrzucić, kto to odbija, a potem wspólnie to kształtujemy. Tak to działa w przypadku tekstów. A muzycznie mamy teraz taką relację z Jeremym – mogę mu podrzucić jakiś motyw i szybko dochodzimy do konkretów. Tak właśnie było z tym utworem: napisałem większość partii, ale on dorzucił stary riff, który miał na refren, i to stało się kluczowym elementem. Do tego doszła środkowa sekcja, którą wymyślił na poczekaniu. Wyszło świetnie. Wszystko to po prostu błyskawicznie nabiera kształtów.
Podczas kręcenia nowego teledysku, pod wiaduktem w Oakland zaliczyliście niespodziewane spotkanie z Michaelem Rosenem – producentem wspomnianego „Twisted Into Form”. Czy ta dawka powrotu do przeszłości była niczym znak, że nowa płyta idzie we właściwym kierunku?
Craig: O tak, wszystko wydawało się znakiem, że nowy album idzie w dobrą stronę. To był po prostu kolejny taki moment. Kręciliśmy klip do utworu „Burning the Lungs of Earth” – byliśmy dosłownie pod wiaduktem, w otoczeniu obozowiska bezdomnych. Ludzie ci zachowywali się świetnie, a tu nagle pojawia się Michael, który działał w Soundwave po drugiej stronie ulicy (to miejsce prób, gdzie na tyłach ma studio nagraniowe). Podchodzi i pyta: „Hej, widziałem was, o co to całe zamieszanie?”. To było naprawdę fajne. Byłem nawet na jego wieczorze kawalerskim w 1991 roku – znam Michaela cholernie długo. To świetny facet. Mówiłem mu, że robimy nowy album, a on na to: „Wiem, co robicie, śledzę wasze poczynania”.
Ogłosiliście trasę koncertową na koniec 2026 roku. Czego Wasi fani mogą się spodziewać po tych koncertach? Czy setlistę zdominuje nowy album?
Craig: Nie sądzę, by setlista była zdominowana przez nowy album. Myślę, że to będzie udana, płynna mieszanka utworów z dwóch pierwszych płyt – może coś z „Omega Wave”, i do tego co najmniej cztery, czy pięć nowych kawałków. Czeka nas sporo pracy na próbach. Zamierzamy przygotować znacznie więcej utworów, niż ostatecznie zagramy, dzięki czemu będziemy mogli dowolnie modyfikować zestaw w zależności od nastroju, czy sytuacji. Chcemy się w to naprawdę mocno zaangażować i wziąć do konkretnej roboty, ale jestem przekonany, że efekt będzie potężny – te nowe utwory zostały stworzone z myślą o występach na żywo. Gramy „Divided By Zero” na każdym koncercie i zawsze okazuje się, że ten kawałek wywołuje lepszą reakcję niż cokolwiek innego – to niesamowite. Ostatnio zagraliśmy też „Mutually Assured Dysfunction” i przyjęto go świetnie. Chodzi o to, by pisać album, który sprawdza się na scenie i na który ludzie reagują entuzjastycznie. W dzisiejszym świecie thrash metalu to duży atut.
Pełna zgoda, lecz gdy występ ten dobiegnie końca, zgasną światła i schodzicie już do garderoby, o czym rozmawiacie w ciągu pierwszych pięciu minut absolutnej ciszy wokół Was?
Craig: Cisza wokół nas zdarza się naprawdę rzadko. To zależy, czy gramy na festiwalu, czy w klubie. Często rozmawiamy o publiczności albo o tym, czego nie słyszeliśmy. Czy to był kiepski odsłuch na scenie, czy może świetny i słyszałem wszystko. Po prostu... Nie mamy żadnego specjalnego rytuału.
Norman: Trzeba się ogarnąć, wyjść do ludzi i pogadać jak było na scenie, jaka była publika i jaka pizza na nas czeka. Chciałbym, żeby nasze przemyślenia w tym temacie były znacznie głębsze, ale tak to wygląda. Wciąż jesteśmy nakręceni po występie.
Jak już ustaliliśmy, powracacie po długiej absencji – co z tej perspektywy znaczy dla Was „sukces”?
Craig: To naprawdę dobre pytanie – zresztą zadajesz mnóstwo świetnych pytań. Cóż... Jak już chyba wspominałem – nie jestem człowiekiem zgorzkniałym. Nie noszę w sobie żalu, goryczy, ani tego typu rzeczy. Nie mówię, że każdy tak ma, bo ludzie są różni, ale dla mnie to wszystko jest darem. Sukces natomiast to według mnie fakt, że ludziom wciąż na tym zależy. Jeśli grono odbiorców rośnie, to tylko potęguje jego znaczenie. Jeżeli uda nam się grać trasy bez strat finansowych – a wręcz zarobić nieco grosza i każdego wieczoru zyskiwać nowych fanów – to właśnie jest sukces, jakiego oczekuję od tej branży. Tak to po prostu wygląda.
Norman: Końcówka wypowiedzi Craiga idealnie podsumowuje też moje własne podejście do muzycznego sukcesu. Nigdy nie chciałbym utknąć w martwym punkcie. Chcę, żeby z każdym kolejnym albumem, baza fanów nieco się powiększała. Nie potrzebuję gigantycznego skoku. Chcę tylko, żeby ludziom zależało na tyle, bym mógł dalej robić to, co kocham. Dla mnie sukces muzyczny to sytuacja, w której wystarczająco dużo ludzi kocha twoją twórczość, by pozwolić ci ją kontynuować, a ty powoli pniesz się w górę. Dlatego jakość płyty jest tak ważna – w przeciwnym razie utkniesz w miejscu i ludzie będą domagać się tylko starych kawałków.
Craig: Dodam jeszcze, że dla mnie idealnym scenariuszem i spełnieniem marzeń w związku z tą płytą byłaby sytuacja, w której ludzie reagują na nią tak entuzjastycznie, że w 2027 roku domagają się od nas odegrania całego albumu – utwór po utworze, w oryginalnej kolejności. To byłoby dla mnie potwierdzenie, że płyta naprawdę trafiła do odbiorców tak, jak na to liczyliśmy. Materiał jest bowiem podzielony na cztery części, które idealnie się ze sobą łączą i tworzą spójną całość. To nie jest tylko zbiór przypadkowych piosenek, ale utwory, które do siebie perfekcyjnie pasują, tworząc logiczną strukturę. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość – choć może to zbyt wiele oczekiwać takiej uwagi od dzisiejszego pokolenia, które nie umie się skupić na dłużej. Ale kto wie...
Pogdybajmy zatem chwilkę: gdyby Wasza muzyka nie była dźwiękiem, lecz obrazem, w jakim muzeum sztuki współczesnej i obok dzieł jakiego artysty powinna zostać wystawiona?
Craig: Wow... Nie jestem może ekspertem od wszystkich współczesnych twórców, ale powiedziałbym, że miejsce dla niej znalazłoby się gdzieś pomiędzy Salvadorem Dali, a Van Goghiem, ponieważ w naszej muzyce i oprawie wizualnej zawarto mnóstwo symboliki. Jeśli ktoś tylko rzuci okiem na okładkę i pójdzie dalej, wszystko przegapi, bo kryje się w niej ogrom treści – i tak samo jest z muzyką. Myślę, że to wszystko po prostu wypływa z zakamarków mojego dziwnego umysłu. Uwielbiam warstwy, faktury i wielopoziomowe, podprogowe przekazy ukryte w jednym obrazie, czy utworze. Mamy idealny skład ludzi, by to realizować. Nie znam się jednak wystarczająco na współczesnych artystach - a przez „współczesnych” rozumiem ostatnie sto lat – żeby tak po prostu rzucić jakimś nazwiskiem. Choć w sumie... Wymieniłem dwóch (śmiech – przyp. red.).
Norman: Na wcześniejszym etapie kariery zajmowałem się oprawą obrazów i projektowaniem artystycznym, więc... Gdzieś pomiędzy Kandinskim, a Munchem – tym od „Krzyku”, Norwegiem. Tak, pewnie gdzieś tam.
To na koniec – gdybyście mogli zaprosić do gościnnego udziału na kolejnym albumie jednego, nieżyjącego już artystę (z dowolnego gatunku), kto stałby się częścią Waszego muzycznego teatru?
Norman: Cóż, ja bym wybrał Dio. Chciałbym zaśpiewać u boku Ronniego Jamesa – Ojca Chrzestnego – więc tak bym to widział.
Craig: Ja powiem tylko, że na naszej płycie gościnnie wystąpił Brann Dailor z Mastodon. A także Kayla Dixon – wokalistka mojego drugiego zespołu, Dress the Dead. Oboje są fenomenalni i wnoszą ten wyjątkowy, dodatkowy smaczek. I Randy Rhoads byłby świetnym wyborem, bo to muzyk z wyczuciem smaku, który gra tylko to, co jest niezbędne dla utworu. Zadzwoniłbym też do Jake'a E. Lee i moglibyśmy coś razem stworzyć – przyjaźnimy się w końcu, więc istnieje szansa, że uda nam się go zaangażować do kolejnej płyty. Zresztą podoba mu się nasz album. Jake jest nim zachwycony. Jeśli dobrze pamiętam jego słowa, powiedział mniej więcej tak: „Jestem przyzwyczajony do przewidywalnych rzeczy, bo wszystko zostało już zagrane, ale wasza płyta kryje w sobie wiele niespodzianek”. I jest to święta jest prawda.
Zdjęcia: materiały prasowe.

0 Komentarze