Abigail Williams - amerykański zespół blackmetalowy powstały w 2004 roku. Najnowsza płyta formacji - „A Void Within Existence” miała swoją premierę w lipcu 2025 roku, lecz wiele wskazuje na to, że już niebawem doczeka się godnego następcy. Zespół pracuje bowiem nad nowym longplay’em. Założycielem Abigail oraz jego liderem jest Ken Sorceron - człowiek orkiestra, który zgodził się odpowiedzieć na 10 moich pytań. Polecam zatem treść tej rozmowy.
Nazwa zespołu nawiązuje do jednej z głównych sprawczyń procesów czarownic z Salem. Jak postać Abigail Williams oddaje Wasz charakter dzisiaj, po tylu latach działalności?
Szczerze? Ta nazwa znaczy dla mnie teraz mniej niż kiedyś. Stała się raczej „nazwą zespołu, z którym jestem związany”, niż czymś, o czym aktywnie myślę. Rozważałem zakończenie tego projektu i rozpoczęcie czegoś pod szyldem, który faktycznie pasowałby do naszego obecnego etapu, ale względy kontraktowe sprawiają, że jest to znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać – więc sytuacja wygląda tak, jak wygląda. Początkowo jednak był to komentarz do roli oskarżyciela i mechanizmów masowej histerii; wydaje mi się, że ten scenariusz po prostu wciąż się powtarza w różnych odsłonach.
Wasze teksty często dotykają pustki, izolacji i ludzkiej natury. Czy pisanie o tych mrocznych aspektach ma dla Ciebie terapeutycznych charakter?
Zdecydowanie tak. Mógłbym pisać o innych rzeczach, ale nie pasowałyby one do muzyki tak dobrze jak to, o czym piszę teraz – bo te dwa elementy muszą ze sobą współgrać. Jest w tym też coś dla słuchacza: jeśli przeżywa on coś podobnego, pewną ulgę przynosi świadomość, że ktoś inny – ja – też tego doświadczył. W tym wszystkim jest również pewien wątek, do którego wracam niemal odruchowo: utrata niewinności albo tęsknota za czymś, czego tak naprawdę nigdy w pełni nie zaznałem. Trudno to dokładnie wyjaśnić, ale obecne jest to w niemal wszystkim, co tworzę.
Wiele zespołów blackmetalowych ucieka w mitologię, fantasy lub czysty satanizm. Wy trzymacie się bliżej realizmu i egzystencjalnego mroku. Czemu ta przyziemna z pozoru tematyka jest ciekawsza z Waszej perspektywy?
Prawda jest taka, że w ogóle nie interesuje mnie fantasy ani satanizm. Kiedyś mnie to pociągało, ale zmieniłem podejście o 180 stopni. Teraz po prostu robię to, co wydaje mi się właściwe i naturalne. Mam też wrażenie, że ludzie łakną mrocznej muzyki, która nie sięga automatycznie po te tematy i jest bardziej złożona.
Przeszliście długą drogę od symfonicznego blackcore'u na „In the Shadow of a Thousand Suns” (2008) do surowego, atmosferycznego black metalu na „Walk Beyond the Dark” (2019). Czy ta ewolucja to zaplanowany proces, czy też naturalny efekt dorastania?
Napisałem tę muzykę dwadzieścia lat temu, więc siłą rzeczy musiałem dojrzeć jako muzyk – w przeciwnym razie byłoby bardzo smutno, gdyby tak się nie stało. Mimo to, w niektórych momentach tamtego albumu wciąż słyszę elementy melodyczne i nastrojowe, które wykorzystujemy również dzisiaj.
Jestem więc ciekawy, jak opisałbyś brzmienie Abigail Williams komuś, kto nigdy nie słyszał Waszych utworów? Jakich słów użyłbyś najchętniej?
W ciągłej ewolucji. Zorientowani na piosenkę. Łączący w równych proporcjach atmosferę i ciężar brzmienia oraz mieszankę radości i smutku, która nigdy do końca się nie rozstrzyga. Gdzieś pomiędzy surowością, a dopracowaniem – bo nigdy nie chcieliśmy w pełni opowiedzieć się za żadnym z tych biegunów.
Wasz szósty i zarazem ostatni jak narazie album „A Void Within Existence” określany jest przez krytyków jako bardziej ponury niż jego poprzednik. Czy tworzenie tak skrajnie nihilistycznego konceptu – gdzie, jak sam mówiłeś, „kończy się jaźń, a zaczyna pustka” – było dla Ciebie trudniejsze emocjonalnie niż praca nad wcześniejszymi płytami?
Pod pewnymi względami było to wyczerpujące, ale pod innymi – przebiegało bardzo płynnie. Niektóre rzeczy były prawdziwą męką, podczas gdy inne przychodziły z łatwością. Mogę zdradzić, że pracujemy właśnie nad kolejnym albumem i myślę, że będzie on udaną kontynuacją poprzedniego.
Za miks odpowiadał uznany inżynier Dave Otero, znany ze współpracy z Akhlys, czy Aborted. Jakiej specyficznej przestrzeni szukałeś w brzmieniu „A Void Within Existence”, którą pomógł Ci okiełznać właśnie Dave?
Zależało mi po prostu na uzyskaniu efektu „ściany dźwięku”. Chciałem, aby brzmienie było czyste i precyzyjne, a jednocześnie – pod kątem miksu – zachowywało pewną surowość. Wiedziałem, że Dave potrafi to osiągnąć, i rzeczywiście stanął na wysokości zadania. Bardzo cenię jego dotychczasową współpracę z zespołem Akhlys i brałem to pod uwagę, decydując, komu powierzyć to zadanie.
Zaledwie rok po premierze płyty ogłosiliście, że perkusja na kolejny, siódmy album studyjny jest już w pełni nagrana. Skąd u Ciebie tak ogromna fala kreatywności i tak szybkie tempo pracy nad następcą „A Void Within Existence”?
Myślę, że najbardziej inspirujący moment to ten tuż po wydaniu nowego albumu. Towarzyszy temu energia oraz ekscytacja, ale też chęć stworzenia czegoś jeszcze lepszego. Uważam, że chodzi po prostu o to, by uchwycić tę motywację i pójść za ciosem. Z poprzednim albumem było zresztą podobnie – prace nad nim ruszyły zaraz po premierze „Walk Beyond the Dark”, ale z innych powodów doszło do wieloletniego opóźnienia. Gotowy w zasadzie materiał przeleżał odłogiem całe lata.
Nieco humorystycznie - gdyby los zmusił Was do zagrania jednego koncertu w życiu, pod warunkiem, że możecie grać wyłącznie wesołe piosenki, jaki gatunek muzyczny byście wybrali, żeby przetrwać te tortury?
Wcale nie uważam, żeby to była męczarnia (śmiech - przyp. red.). Myślę, że w takim przypadku wybrałbym grę w zespole power-metalowym i pewnie po prostu grałbym na gitarze.
A gdyby muzyka z Waszego nowego albumu była dowolnie wybranym daniem to jak opisalibyście jej smak, aby zachęcić potencjalnych słuchaczy?
Byłoby to bardzo długie menu degustacyjne, w którym każde danie stanowiłoby inną odsłonę tego samego składnika: nieobecności. Zimna przystawka, danie główne poddane działaniu ognia oraz deser smakujący czymś, co pamiętasz z dzieciństwa, lecz czego nie potrafisz dokładnie nazwać. Wstajesz od stołu z poczuciem większej pustki, niż gdy zasiadałeś do posiłku, a jednak – co dziwne – dokonujesz kolejnej rezerwacji.
Zdjęcia: materiały prasowe.


0 Komentarze