Sorcery - szwedzcy mistrzowie death metalu, których kariera muzyczna rozpoczęła się w 1986 roku. Ich najnowsze dzieło - album „The Immaculate Sin” ukaże się 1 października 2026 roku w 40 rocznicę powstania formacji. Na okoliczność jego wydania miałem okazję porozmawiać z założycielem i wokalistą Sorcery - Ola Malmströmem. Rzecz to dla mnie szczególna, stąd jeszcze bardziej zachęcam do lektury wywiadu.
Nadchodząca płyta to zawsze moment niepewności. Jakie emocje dominują w Was w tej chwili: ulga, że materiał jest gotowy, czy raczej stres przed tym, jak przyjmą go fani?
Cóż, przede wszystkim czujemy ekscytację. Wiemy, że daliśmy z siebie wszystko i uwielbiamy ten album. Oczywiście byłoby wspaniale, gdyby spodobał się on również innym. Pierwszy utwór został już wydany i jak dotąd zbiera świetne opinie, co jest bardzo pozytywnym sygnałem i być może pewną wskazówką co do tego, jak zostanie odebrana reszta płyty.
W branży muzycznej mówi się czasem o „syndromie kolejnej płyty”. Czy czuliście presję, aby przebić Wasze poprzednie dokonania? A może podczas tworzenia nowego materiału całkowicie odcięliście się od oczekiwań z zewnątrz?
Oczywiście nikt nie chce nagrać albumu gorszego od poprzedniego, ale nie odczuwamy z tego powodu jakiejś szczególnej presji. Zawsze zaczynamy od czystej karty i budujemy album od podstaw. Naszym celem było stworzenie kolejnej płyty Sorcery. Chodzi o to, by słuchacz mógł rozpoznać zespół, nie mając jednocześnie wrażenia, że się powtarzamy, czy nagrywamy ten sam album po raz drugi. Myślę, że na przestrzeni lat rozwinęliśmy się, ale zachowaliśmy przy tym ten dawny klimat.
„The Immaculate Sin”, bo tak brzmi tytuł waszej nowej płyty, pojawi się na rynku wydawniczym w październiku tego roku. Z kim z producentów lub inżynierów dźwięku współpracowaliście przy tym materiale oraz jak ta osoba wpłynęła na ostateczny kształt i selektywność nowych utworów?
Na nagranie partii perkusji udaliśmy się do studia Overlook, gdzie za konsoletą zasiadł William Blackmon. Pozostałe ścieżki zarejestrowaliśmy już samodzielnie w Whiskey Burn Studio. Po zakończeniu nagrań przekazaliśmy materiał Williamowi, który zajął się miksem i masteringiem albumu. Współpracowaliśmy z nim po raz pierwszy, a efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania.
Okładka i tytuł nadchodzącego krążka to pierwsze, z czym zetkną się fani. Jak bardzo te elementy zakorzenione są w tekstach Waszych piosenek? Czy wizualna strona albumu opowiada tę samą historię, co muzyka?
Zarówno ta okładka, jak i ta z poprzedniego albumu, przedstawiają charakterystyczne miejsca z naszego rodzinnego miasta, przekształcone w scenerię rodem z horroru. Muzyka, którą gramy, również utrzymana jest w mrocznym klimacie, co znajduje odzwierciedlenie w oprawie graficznej oraz tytule płyty. Wystarczy spojrzeć na okładkę i przeczytać tytuł, by od razu zrozumieć, że na tym albumie nie znajdzie się piosenek o młodzieńczej miłości, czy błahych, cukierkowych melodiach.
Gdybyście mieli wybrać jeden cytat lub wers z nadchodzącej płyty, który idealnie opisuje jej przesłanie, jak by on brzmiał?
Och, to trudne pytanie… Chyba najlepiej podsumowują to słowa wykrzyczane we wstępie do utworu „Terminate”: „Let’s fucking go!”.
A jeśli musielibyście wybrać jakiś utwór z nowej płyty, który ma przekonać do Sorcery kogoś, kto nigdy wcześniej o Was nie słyszał, który wybralibyście w pierwszej kolejności?
Kolejne trudne pytanie. Trudno oceniać własne „perełki”, ale gdybym musiał wybrać jeden kawałek, byłby to pewnie ostatni utwór – „Die in Retribution”. Ma w sobie wszystko, a kiedy się kończy, masz wrażenie, jakby przejechał po tobie walec. Zapytaj mnie jutro, a może wybiorę inny…
Od powrotu w 2009 roku wydaliście trzy studyjne krążki. „The Immaculate Sin” będzie szczególny, bowiem ukaże się z okazji 40 rocznicy istnienia Waszego zespołu. To świetna okazja do podsumowań. 40 lat minęło, a jak oceniacie bilans Waszej działalności? Jest tak jak dawniej zakładaliście, czy mogło i powinno być zdecydowanie lepiej?
Przede wszystkim nikt nie mógł się spodziewać, że będziemy tu siedzieć 40 lat po założeniu zespołu. Na początku wszyscy mieliśmy swoje marzenia i nadzieje, ale rzeczywistość potoczyła się inaczej. Były momenty, kiedy mieliśmy dość zespołu i ciągłych zmian w składzie, więc zrobiliśmy sobie bardzo długą przerwę. Od czasu, gdy znów zaczęliśmy grać razem, też bywało różnie, ale teraz jesteśmy w naprawdę dobrym miejscu. Łączą nas świetne relacje i czerpiemy radość z każdej chwili tego, co robimy. Lepiej dbamy o siebie niż kiedyś i to naprawdę przyniosło efekty.
Skoro już trochę wypominam Wam wiek, ciekawi mnie, czy śledzicie młodą scenę muzyczną? Jaki z debiutujących w ostatnim czasie zespołów zrobił na Was największe wrażenie?
Nie słucham zbyt wiele nowej muzyki, ale faktycznie widać ożywienie na szwedzkiej scenie deathmetalowej. Mnóstwo młodych ludzi zakłada zespoły, koncertuje, nagrywa dema i tak dalej. To sprawia, że scena ma się dobrze.
Jak już wspomnieliśmy, kariera Sorcery to kawał historii. Wyobraźcie więc sobie, że możecie zagrać koncert dla publiczności złożonej wyłącznie z postaci historycznych lub literackich. Kto musiałby usiąść w pierwszym rzędzie, abyście czuli absolutną dumę?
Bardzo interesuję się historią, a zwłaszcza czasami starożytnego Rzymu. Fajnie byłoby zagrać przed senatem i cesarzem i zobaczyć, jak długo by wytrzymali, zanim wrzuciliby nas do kopalni.
Jaki jest Wasz najbardziej irracjonalny lęk lub przesąd związany z pracą w studio, który – choć wydaje się być żartem – traktujecie śmiertelnie poważnie?
Chyba nie mamy takich irracjonalnych lęków. Bardziej obawiamy się awarii sprzętu – na przykład uszkodzenia dysku twardego – która mogłaby zniszczyć efekty naszej pracy.
Zatem na koniec oraz z humorem. Gdyby Sorcery mogło stworzyć własną markę produktu zupełnie niezwiązanego z muzyką, co to by było i jak brzmiałoby jego hasło reklamowe?
Może jakieś piwo? Wiem, że wszyscy to robią, więc odpowiedź może nie jest zbyt oryginalna. Może pod szyldem „Bloodchilling Ales”?
Zdjęcia: materiały prasowe.


0 Komentarze