Wywiad: MISSCORE - „Lubimy bawić się muzyką i sprawdzać, co z tego wyjdzie…”


MISSCORE - polski zespół rockowy, który w swojej twórczości łączy brzmienie alternatywnego metalu i rocka z elementami elektroniki. W muzycznym portfolio grupa ma już dwa pełnoprawne albumy, zaś ostatni z nich - płyta „HYPOCRISY” miała swoją premierę w 2025 roku. Niekwestionowaną liderką oraz wokalistką formacji jest Natalia Rygiel, z którą miałem przyjemność porozmawiać w ramach niniejszego wywiadu. Zachęcam więc do jego lektury oraz poznania dokonań zespołu.


Wasz najnowszy singiel „Light The Way” przynosi brzmieniową rewolucję – poszliście w stronę bardziej klimatyczną, elektroniczną i wręcz radiową. Czy ta rezygnacja z agresji na rzecz melodii była naturalnym procesem, czy może ryzykownym, bądź co bądź eksperymentem?


„Light The Way” powstał przypadkiem, jak chyba wszystkie nasze piosenki. Siadłam z Mateuszem do komputera i bum! Nie planowaliśmy radiowego brzmienia, ani trochę. Po prostu lubimy bawić się muzyką i sprawdzać, co z tego wyjdzie. A jak usłyszysz nadchodzący „Nothing To Lose”, możesz być jeszcze bardziej zaskoczony, bo tam elektroniki jest więcej. Cały ten zespół jest trochę eksperymentem. Patrząc na popularność, chyba jeszcze szukamy ludzi, którym ta zabawa spodoba się tak samo jak nam.


Zapowiedzi singla kręciły się wokół tajemniczej postaci o imieniu Chi, a utwór określiliście jako „animowany opening”. Kim jest więc Chi w Waszych głowach i czy planujecie ubrać tę historię w pełnoprawne uniwersum muzyczne oraz wizualne?


O i tu chyba mogę zapowiedzieć premierę - sprawdźcie social media w dniu 31.10, bo to nie będzie ani do końca wizualne, ani wcale muzyczne. Chi powstała przez przypadek, a ja kocham przypadki. Mogę jedynie powiedzieć, że magia nie zniknęła, tylko my przestaliśmy ją dostrzegać. Otwieram nowy rozdział, a „Light The Way” przypadkiem stał się magiczną czołówką.


W opisie utworu mówicie o „paleniu mostów” oraz stawiacie pytanie, czy głos, który nas prowadzi „jest naszym własnym, czy echem przeszłości”. Jak bardzo tekst ten odnosi się do dotychczasowej drogi artystycznej MISSCORE?


Myślę, że trochę odnosi się do naszej drogi, ale ja jeszcze nie palę mostów. Bardziej czuję, że ciągnie mnie do czegoś nowego i powoli sprawdzam, w którą stronę chcę iść. To, co robiliśmy do tej pory, jest częścią mnie, ale nie chcę się tego trzymać tylko dlatego, że tak było wcześniej. Próbuję słuchać siebie i robić muzykę (i nie tylko! I to ma związek z Chi), na którą mam teraz ochotę.


A gdyby „Light The Way” faktycznie miał być openingiem do realnego serialu anime – jak wyglądałaby główna scena tej animacji?


Myślę, że to byłoby bardziej opowiadanie albo książka niż anime. A główną scenę zostawiłabym wyobraźni - niech każdy zobaczy ją trochę po swojemu. Okładka singla i cały opening już zdradzają sporo szczegółów tej historii, ale resztę chciałabym odkrywać stopniowo. Tym bardziej, że cały czas nad tym pracuję i to będzie bardzo długi proces.


Porozmawiajmy o samej płycie. Wasz longplay „HYPOCRISY” rzuca wyzwanie konformizmowi i społecznemu posłuszeństwu. Co w dzisiejszym świecie irytuje Was na tyle mocno, że wręcz staje się paliwem do pisania tak buntowniczych tekstów?


Bunt kojarzy mi się bardziej z punkiem i sprzeciwem wobec polityki. U nas chodzi raczej o sztuczną kreatywność, zakłamanie i próby układania nam życia. Irytuje mnie to, że tyle rzeczy jest wyreżyserowanych, a sprzedaje się je jako prawdziwe. Telewizja wkłada nam do głów papkę, którą potem sami powielamy, często nawet bez zastanowienia. W tym wszystkim coraz mniej jest nas samych, własnych myśli, pomysłów i decyzji. I chyba właśnie z tej frustracji biorą się te teksty.


Tytułowy utwór albumu mówi o ucieczce od tego, co nieuchronne i tworzeniu nowej rzeczywistości. Czy w dzisiejszych realiach to właśnie scena rockowa jest dla Was taką bezpieczną, alternatywną rzeczywistością?


Alternatywną rzeczywistością jest na pewno. Mam nawet kilkunastoletnią koszulkę z napisem „reality sucks”, którą noszę dzień po koncercie. Ostatnio ze starości zrobiła się w niej dziura, ale mam do niej taki sentyment, że dalej ją zakładam. Ale czy to bezpieczna rzeczywistość? Nie bardzo. Godziny w busie, kiepskie jedzenie na stacjach - już nawet czasami robię kanapki na drogę - zmęczenie po koncertach, powroty, spanie poza domem i stres. Psychicznie też bywa ciężko. Mnóstwo pracy przy organizacji, promocja, która często niewiele daje, ridery, problemy ze sprzętem, słabe wyposażenie niektórych klubów i podejście niektórych organizatorów. Do tego zdarza się, że wszystkim trzeba zapłacić, a sami gramy za darmo.


Mimo tego wolę tę rzeczywistość od pracy na etacie i chciałabym w niej zostać. Tylko to nie jest takie proste, szczególnie kiedy robi się muzykę alternatywną.



W sierpniu zagraliście świetny koncert na festiwalu Niech Cisza Milczy u boku m.in. Gyvata czy Dymna Lotva. Jak to jest dzielić scenę z zespołami grającymi tak skrajnie różną muzykę i jak festiwalowa publiczność reaguje na Wasz repertuar?


Bardzo chcieliśmy zagrać na NCM, bo to jeden z fajniejszych festiwali. Ale szczerze mówiąc, trochę bałam się odbioru. I trochę miałam rację! Kilka osób nazwało nas „disco pop”, a nawet „disco polo”. Były też porównania do Evanescence, więc każdy słyszał w nas coś innego. Ciężko gra się takie „Light The Way” dla publiczności, która przyjechała na metalowy festiwal. Za to „Domino” całkiem mi tam pasowało i miało bardzo dobry odbiór. Dzielenie sceny z tak różnymi zespołami jest fajne, ale wiadomo, że nie każdy polubi to, co robimy.


Plusem jest to, że mamy bardzo zróżnicowany materiał - od pop rocka w stylu Paramore po bardziej metalowe klimaty. Tylko później złożenie tego w jeden koncert jest trochę trudniejsze. 


Zastanawiam się, czy po występach na letnich scenach otwartych trudniej wraca się jesienią do dusznych, mniejszych klubów, czy to właśnie tam czujecie bliższy, bardziej intymny kontakt z fanami?


Ja szczerze nie przepadam za latem. Kiedy na dworze jest prawie 40 stopni, słońce na scenie wali prosto w twarz i pot cieknie po tyłku - a my mamy dość grube kombinezony - to zaczynam tęsknić za zimnym busem i kocykiem przy minus piętnastu. Więc jesienią całkiem chętnie wracam do klubów. Bliskość publiczności też jest fajna, bo łatwiej złapać z ludźmi kontakt.


W tym roku zagramy jeszcze cztery koncerty - w Krakowie, Opolu i dwa w Czechach. Pewnie wtedy znowu będę miała mnóstwo obiekcji, bo zawsze znajdzie się coś, na co można ponarzekać (śmiech - przyp. red.).


Deklarujecie całkowitą niezależność i pełną kontrolę kreatywną – od piosenek po produkcję, aż po grafikę. Czy bycie zespołem self-made w dzisiejszych czasach to wolność, czy może ogromne obciążenie etatowe?


Jedno i drugie. Fajnie mieć wpływ na wszystko, ale każda z tych rzeczy wymaga czasu. Od początku większość robimy sami. W 2021 roku otworzyliśmy z Mateuszem studio VOX ART, które budowaliśmy przez półtora roku. Ja piszę teksty i komponuję podstawy, a on robi całą resztę. Często nagrywamy całym zespołem. Do tego rolki, zdjęcia, montaże, live sesje…


Ostatnio zaczęłam też sama robić grafiki. Czasami wspomagam się AI, szczególnie przy przerabianiu kwadratowej okładki na zdjęcie w tle na Facebooku. Jeśli znacie patent, jak zrobić to ręcznie równie szybko, dajcie znać! Gdyby nie to, że trzeba z czegoś żyć, mogłabym się tym zajmować na cały etat. I pewnie nadal brakowałoby mi czasu na wszystkie pomysły. Najtrudniejsze jest zmieszczenie tego wszystkiego obok zwykłej pracy.


Swoich fanów na Patronite nazywacie „Freakami”. Skąd wziął się ten termin i co trzeba mieć w sobie, by stać się częścią tej unikalnej społeczności?


Założyłam Patronite i zapomniałam o nim… Dzięki za przypomnienie (śmiech- przy. red.). Aktualnie z niego nie korzystamy - jak ktoś chce nas wspomagać to może dorzucać się do zbiórek lub wpłacać na nas darowizny na Stowarzyszenie Opolska Scena Alternatywna. A Freak wzięło się stąd, że jak zakładałam Patronite to promowaliśmy singiel „Freaks”. I tak mi wpadło do głowy. 


Co do społeczności - zapraszam na kanał nadawczy Misscore FAM(ily) na Instagramie - tam jest większa prywata. Można też z nami współpracować przy eventach, festiwalu Rock am Palast - to wszystko przez Stowarzyszenie.


Przeszłaś drogę od The Voice of Poland i śpiewania jazzu do bycia frontmanką obecnego zespołu. Jak te wcześniej doświadczenia ukształtowały Twoje podejście do przemysłu muzycznego? Ten krótki romans ze światem mainstreamu, chyba nie sprawił, że chciałaś w nim zostać…


Chyba nie do końca tak było, bo ja nadal całkiem lubię pop i nie zamknęłam sobie tej drogi. W The Voice byłam w 2017 roku, akurat kończyłam wtedy studia z realizacji dźwięku. Później stworzyłam swój solowy projekt popowy. Mamy cały materiał koncertowy, który gram z ekipą MISSCORE. Mam też drugi, poetycki projekt - Bliżej Sadu, więc muzycznie ciągle robię różne rzeczy. Na jazz poszłam, bo chciałam nauczyć się trochę teorii muzyki. Tylko ilość nauki, etat i wszystkie pozostałe zajęcia trochę zgasiły mój zapał. Teraz zapisałam się na lekcje fortepianu, więc może za rok wrócę na studia.


Nadal mam też zaległą popową płytę. Chciałabym jeszcze w tym roku ją dokończyć i wydać jakieś single. Życz mi powodzenia, bo sama nie wiem, gdzie w kalendarzu wcisnę te nagrania. 


Głos to niezwykle wrażliwe narzędzie, na które wpływa stres, niewyspanie oraz przeróżne emocje. Co robi więc wokalistka MISSCORE, kiedy ma gorszy dzień i czuje, że jej własny głos „nie chce współpracować”?


Ostatnio właśnie straciłam głos ze zmęczenia i przeciążenia. Już mi wraca. Zaśpiewałam 50-minutowy koncert, ale przy dwóch ostatnich piosenkach czułam, że to jeszcze nie jest sto procent. Teraz szykuję się do tych czterech koncertów i staram się bardziej go oszczędzać.


Przede wszystkim nie śpiewam, kiedy się nie wyśpię. Bardziej dbam też o żołądek, bo refluks nie pomaga. A zamiast rozmawiać przez telefon, staram się pisać wiadomości. Jak głos nie chce współpracować, próbuję dać mu odpocząć, choć przy mojej ilości zajęć nie zawsze jest to łatwe. Może dlatego tak długo dochodzę do siebie.


Muzyka rockowa opiera się na emocjach i szczerości przekazu. Czy łatwiej pisze się Wam utwory, kiedy jesteście wściekli, czy kiedy odczuwacie spokój i melancholię?


Przede wszystkim najlepiej pisze się, kiedy nie jesteśmy przemęczeni. Emocje można w pewnym stopniu wywołać, ale kiedy oczy zamykają się ze zmęczenia, pomysły też nie zawsze są rewelacyjne. Ostatnio właściwie nie piszemy. Od połowy sierpnia zapisałam może kilkanaście zdań, a do MISSCORE nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio coś napisałam. Jeśli mam wybierać, to zdecydowanie melancholia. Kiedy jestem wściekła, średnio mi się myśli. Potrzebuję trochę spokoju, żeby ubrać to, co czuję, w słowa.


Zatem na koniec: gdybyście na jeden utwór musieli całkowicie zamienić się instrumentami i rolą w zespole, jak bardzo ucierpiałoby na tym zdrowie psychiczne Waszych fanów?


Najbardziej ucierpiałoby, gdybym usiadła za bębnami, bo moje klaskanie do rytmu jest na poziomie przedszkolaka. Myślę, że nasz perkusista też nie byłby zbyt szczęśliwy, jako frontman i wokalista, a publiczność razem z nim. Gitarzysty za żadne skarby nie udałoby się przesadzić na inny instrument.


Tylko Mateusz pewnie by się odnalazł, bo to człowiek orkiestra. Pianista, producent, od kilku lat gra na basie, a w innym zespole też śpiewa. Więc on by sobie poradził, a reszta próbowałaby dotrwać do końca utworu (śmiech - przyp. red.).


Zdjęcia: materiały prasowe.



Prześlij komentarz

0 Komentarze